| Długo szukałam ilustracji, która w zestawieniu z tytułem notki nie będzie sprawiać wrażenia ironicznej czy rasistowskiej - jeśli mi się nie udało, przepraszam każdego, kto poczuł się urażony. (źródło) |
Miałam dziś przyjemność wziąć udział w wykładzie poprowadzonym przez profesora Andrzeja Markowskiego, znanego językoznawcy, który jest między innymi przewodniczącym Rady Języka Polskiego.
Subiektywnie zaś rzecz biorąc - jest tego typu imponującą personą, przy której włącza mi się "fangirling intelektualny" - co oznacza, że wiedza oraz wynikająca z niej nobliwość i tytularność danej postaci wzbudza we mnie palące rumieńce, palpitacje serca, tendencje do teatralnych omdleń oraz dziką żądzę... rozmowy na jakiś frapujący, czysto naukowy temat. Z panem profesorem niestety nie udało mi się porozmawiać, więc pozostaje mi wzdychanie do wywiadu-rzeki z jego udziałem.
Wykład dotyczył poprawności politycznej i rozpoczął się, jak na porządny wykład przystało, od objaśnienia jego tytułu, które pozwolę sobie, dla właściwego obrazu rzeczy, streścić - otóż pojęcie "poprawność polityczna" jest niezbyt fortunnym tłumaczeniem sformułowania z języka angielskiego: political correctness, w którym słowo political może, choćby luźno, kojarzyć się z przymiotnikiem polite, co znaczy: uprzejmy, grzeczny, lub wręcz: grzecznościowy. Tymczasem w języku polskim słowo "polityczny" dawniej mogło oznaczać również: poprawny, grzecznościowy - i wciąż można z niego korzystać w tym właśnie znaczeniu, ale robi się to zdecydowanie rzadziej.
W każdym razie - poprawność polityczna to korzystanie z neutralnych zwrotów w miejsce tych, które mogłyby kogoś urazić.