Zwierzę się #8 - Figowce 2.0 i Śmierć

18:33


Jak wiecie, Figa znów się rozmnożyła, a ponieważ jej potomstwo ma już dokładnie dwa tygodnie, (a więc tyle, ile minęło od ostatniej aktualki na blogasku, co za wstyd), to doskonały moment na Zwierzenia! I tak, w tytule posta jest Śmierć. Ale się nie bójcie, to tylko chwyt marketingowy. No... poniekąd.

Figowce 2.0 w bukiecie komplecie.
Pozwólmy sobie na odrobinę szaleństwa i zacznijmy od początku.

Poza dosyć lakonicznym postem na fejsbuku pisanym prosto spod słynnej łazienkowej szafki nie uraczyłam Was jeszcze pełną wersją wydarzeń dotyczących figowego rozrodu, no bo wiecie, wszystko działo się tak szybko i znienacka, no a poza tym cały czas mam życie, co jest po prostu karygodne i niedopuszczalne, jeśli człowiek uważa się za poważnego bloggera; dlatego też zdecydowałam się na chwilę z życia zrezygnować, aby dostarczyć Wam teraz absolutnie niepotrzebnie przegadaną i bogatą w zbędne szczegóły relację z porodu.
Inaczej niż rozwlekle pisać nie potrafię. Dlatego tyle to trwa. :c

Akcja porodowa zaczęła się - niespodzianka! w niedzielę. To po prostu zawsze musi być niedziela. Akurat szykowaliśmy się do spania, kiedy Figa zaczęła drzeć mordę w sposób, którego nie mogłam pomylić z niczym innym.

- No bez kitu, Figa, czy to zawsze musi być niedziela?

Figa przyjęła moją uwagę do wiadomości dosyć bezrefleksyjnie, bowiem kontynuowała darcie mordy. Zaprowadziłam ją więc do łazienki i już zawczasu przygotowanego miejsca w szafce. Przygotowanego dokładnie tak samo, jak ostatnim razem. Szafka ta sama, łazienka ta sama, tylko, z oczywistych względów, karton i podkład inny. Wszystko było więc gotowe na przyjęcie nowego kociego potomstwa, ponieważ taki ze mnie mistrz organizacji.

Otwieram jej zatem tę specjalnie przygotowaną szafkę, a Figa NIE CHCE WEJŚĆ.

- FIGA, WTF

Figa stoi pod szafką i drze mordę.

- NO PRZECIEŻ WIEM ŻE RODZISZ

Figa dalej drze mordę pod szafką.

- NO ALE JAK TO CI SIĘ MIEJSCE NIE PODOBA, JPRDL

Niedziela. Dwanaście minut do poniedziałku. W bliskiej perspektywie - mocowanie się z kotem i asysta w akcji porodowej, czyli przynajmniej dwie godziny najcenniejszego czasu, bo tego przeznaczonego na sen. W dalszej perspektywie - wstanie do roboty, oczywiście odpowiednio wcześniej, bo co z tego, że mam dopiero na ósmą, skoro najpierw muszę upodobnić się do człowieka, na przykład namalować sobie twarz. Tymczasem Figa uznała za stosowne wybrzydzać i w dosadny sposób dać do zrozumienia, że poród na moich warunkach jednak jej nie odpowiada.

Miałam ochotę rzucić stołem. Niestety, na stole leżał reroot in progress, więc ta opcja odpadła; pozostało mi jedynie zaakceptowanie sytuacji i optymalne rozwiązanie problemu, które zadowoli obie strony konfliktu.

- FIGA WŁAŹ QRWA DO SZAFKI

- Nienienie nie wejdę - darła się Figa.

- ALE NIE MA W DOMU INNEGO MIEJSCA W KTÓRYM MOŻESZ SIĘ KOCIĆ

- Jest mnóstwo, wypuść mnie z pokoju, to ci pokażę - przekonywała Figa niezwykle elokwentnie.

Doskonale rozumiałam, co Figa próbowała mi przekazać, ponieważ przygotowała mnie na to dzień wcześniej, wymownie ryjąc po kątach w garderobie rodziców. Niestety nie mogłam zaakceptować jej wyboru. Figa natomiast nie mogła zaakceptować mojego braku akceptacji.

- WŁAŹ DO TEJ SZAFKI ALBO CIĘ TAM WRZUCĘ!

- Nie zmusisz mnie - rozdarła się Figa.

- NO TO PATRZ - zbulwersowałam się i zamknęłam ją w łazience. #rodzicroku #dzwońciepoGreenPeace

Czułam na sobie jej oburzone spojrzenie, które przewiercało na wylot łazienkowe drzwi, podczas gdy zupełnie niewzruszona kładłam się do łóżka, ale no bez jaj; przyjęłam jakiś milion kocich porodów i żadna kocia matka nigdy nie miała obiekcji co do wybranego jej kartonu, ani też nie wymagała, żeby przy niej czuwać, kiedy będzie oddawać się parciu i innym fizjologicznym czynnościom składającym się na cud narodzin. Poza tym to już Figi trzeci raz, więc doskonale powinna poradzić sobie sama. A poza tym NAPRAWDĘ MUSIAŁAM IŚĆ SPAĆ GODDAMMIT.

Oczywiście sen nie przyniósł upragnionego ukojenia, ponieważ dręczyły mnie wizje najgorszych wersji wydarzeń, jakie właśnie mogły mieć miejsce za drzwiami łazienki, i to wyłącznie z mojej winy, ponieważ jestem straszliwą pindą i nie stworzyłam swojemu kotu takich warunków, jakie by mu odpowiadały, ani nie zapewniłam mu właściwego komfortu psychicznego, i w ogóle, wszyscy umrzemy. I oczywiście zerwałam się bladym świtem, żeby zadośćuczynić swojemu nieodpowiedzialnemu zachowaniu. Lub, w najgorszym wypadku, usunąć zwłoki. A następnie skoczyć z okna.

Zgon Figi, ilustracja poglądowa. (żadne zwierzę nie ucierpiało przy robieniu tego zdjęcia)

Zatem z sercem na ramieniu otwieram drzwi, patrzę...

A Figa sobie stoi. Całkiem żywa. I nawet wesoła. I równie ciężarna, co poprzedniego dnia.

- FIGA, WTF

- Wspaniałomyślnie ci wybaczam, a teraz daj mi jeść - oznajmiła Figa.

I znów miałam ochotę rzucić stołem, bo już naprawdę myślałam, że nie będę musiała dłużej żyć w tym napięciu i stresie związanym z rozwiązaniem, które może nastąpić w każdej chwili, że Figa się wykoci bez mojego udziału, bo jest już dużą dziewczynką, i że będę mogła spokojnie iść do pracy, nie obawiając się o figową zemstę za zamknięcie jej na noc w łazience, która to zemsta na pewno obejmowała złośliwe rodzenie w mojej czystej pościeli. Niestety, mogłam jedynie nasypać jej żarcia i rozpocząć przygotowanie mego ciała i ducha do wyjścia między ludzi.

Jak zwykle byłam spóźniona, bo zawsze jestem spóźniona, bo nadanie twarzy odpowiednio uprzejmego wyrazu przy pomocy kosmetyków to sztuka trudna i czasochłonna, no ale nic straconego, bowiem co zmarnuję na kosmetologię, to nadrobię, nie jedząc śniadania (#mistrzorganizacji). Tym razem jednak nawet nie było tak źle, bo kiedy już moja twarz przestała przedstawiać obraz nędzy i rozpaczy, było dopiero piętnaście po siódmej, co dawało mi całe piętnaście minut na jedzenie, a więc luksus.

I wtedy Figa zaczęła drzeć mordę w sposób, którego nie mogłam pomylić z niczym innym.

- FIGA, NIE

- Trolololo - rzekła Figa.

I tak dowiedziałam się, że kotka może sobie oddalić w czasie swoją akcję porodową i wznowić ją w momencie, który uzna za stosowny. Figa za stosowny uznała moment, w którym miałam wyjść do pracy, ponieważ jest mściwą i złośliwą pipą, co oczywiście nie jest niczym zaskakującym, ale mimo wszystko sprawia, że człowiek ma ochotę rzucić stołem.

Udałyśmy się do łazienki. Wymieniłyśmy spojrzenia. Figa weszła do szafki.

Spróbowałam wyjść z łazienki. Figa wyszła z szafki. Wymieniłyśmy spojrzenia.

- FIGA, JA MUSZĘ IŚĆ DO PRACY

- Jeśli chcesz mieć nietkniętą pościel, to lepiej zostań - zaproponowała Figa.

Wróciłam do łazienki. Figa wróciła do szafki. Dla pewności wystawiła jeszcze łeb, żeby sprawdzić, czy jestem, po czym przystąpiła do akcji właściwej, co jakiś czas dopytując. czy na pewno siedzę obok. Siedziałam tyle, ile mogłam, a więc jakieś dwadzieścia minut, ponieważ wiedziałam już, że to, co poświęcę na figowy poród, nadrobię, realizując się na trasie jako żeńskie wcielenie Kubicy (#mistrzkierownicy); no chyba że Figa uzna za stosowne protestować i znów wstrzymać wydawanie na świat życia, co nie byłoby niczym dziwnym, zważywszy na fakt, że jest mściwą i złośliwą pipą. Na szczęście jednak po raz kolejny okazała mi wspaniałomyślność; gdy pozwoliła mi na porzucenie stanowiska akuszerki, od godziny ósmej dzielił nas tylko/aż kwadrans, więc mogłam zamknąć łazienkę i swobodnie przystąpić do łamania większości przepisów drogowych.

I tak oto przyszło na świat Czterech Jeźdźców Apokotalipsy (borze jaki suchar).

Panienka na pierwszym planie to moja faworytka. Tak dostojnego pyszczka jeszcze nie widziałam, wygląda jak jakiś lampart, jest przepiękna ;_;
#majestic XDDD

Dobra, jednak cofam ten komentarz o dostojeństwie. Ale jakie z nich nieporadne kluseczki, łapki im się rozjeżdżają, to takie słodkie, będę ryczeć ;_;
Wiem, że trzykolorki to samiczki, ale ten osobnik wygląda zbyt męsko, abym przyjęła to do wiadomości. Poza tym co za różnica, przecież mamy dżęder.
Możesz sobie kwestionować jego płeć, i tak będzie bajeczny, niczym słodka pluszowa paróweczka <3<3<3

Być może pamiętacie, że przy poprzednim figowym miocie spodziewałam się naprawdę czegoś bardziej interesującego, niż biele i rudości o różnej intensywności. Tym razem jestem więc w pełni usatysfakcjonowana estetycznie, bo każde kocię jest zupełnie inne - różnią się nie tylko maścią, ale i długością sierści, budową ciała, a nawet kształtami mordek. Jedyne, co je łączy, to niekwestionowana przepiękność, rozczulającość i wzbudzanie w patrzącym chęci przytulania.

Pewnie dlatego jednego z nich postanowił przytulić Śmierć.

Zasadniczo jestem fanką Śmierci jako postaci literackiej, ale spotkań osobistych z oczywistych względów nie wspominam zbyt przyjemnie, i tego negatywnego wrażenia zupełnie nie łagodzi nasza wspólna miłość do kotów; a nawet wręcz przeciwnie, bo Śmierć stanowczo za często przygarnia moje koty, i jeszcze starannie wybiera sobie te najsympatyczniejsze, właśnie te, które były gotowe wskoczyć na każde, nawet najbardziej niewygodne i kościste, kolana.

W każdym razie wśród tegorocznych Figowców znajduje się rudzielec, którego sympatyczność nie pozostawiała wątpliwości właściwie już od pierwszych chwil jego życia. Przychodził do ręki, nadstawiał łepek do głasków i dawał się trzymać w obu dłoniach niczym puchata kuleczka pełna miłości, różowym, pękatym brzuszkiem do góry.

Różowy, pękaty brzuszek rudzielca nie dał mi do myślenia. Wszystkie małe kotki mają przecież pękate brzuszki, w końcu tylko jedzą i śpią, więc jak inaczej mają wyglądać. A różowy to uroczy i naturalny kolor, prawda? W każdym razie nie oddałam się głębszej refleksji nad tym faktem. A powinnam.

Dwa dni później, kiedy kulałam sobie rudzielca w rękach, jego brzuszek dał mi już do myślenia. Przede wszystkim z tego względu, że na jego brzuszku powstał jakby drugi brzuszek, zupełnie różowy i pękaty, okalający duży strupek po odpadniętej pępowinie. Szybki gugiel wskazał mi dwie opcje: albo to zapalenie pępka i kota może czekać Śmierć w męczarniach; albo to przepuklina i kota może czekać Śmierć w męczarniach.

- Śmierciu, WTF?!

PRZYTULAM.

No tak, jak tu nie przytulać?
Oczywiście mogło być również tak, że to nic nadzwyczajnego i problem, czymkolwiek jest, będzie można bez problemu wyleczyć; ale, niestety, nie obejdzie się bez interwencji weterynarza.

Nie lubię interwencji weterynarza. Po pierwsze dlatego, że zazwyczaj bez problemu leczę chore kotki sama, bo nie dotyka ich nic groźniejszego niż katar czy ropiejące oczka; kiedy jednak już jest to coś groźniejszego i muszę zawieźć kota do weterynarza, to kot już od niego nie wraca. Po drugie dlatego, że nigdy nie mam pewności, czy nie trafię na weterynarza, który jest debilem - tak jak ostatnio. Tu jednak nic nie byłam w stanie zrobić i pozostało nam tylko umówić wizytę.

Wizytę umawiał Książę, który bardzo się przejął i sytuacją, i tym, czego naczytał się w internecie o dolegliwościach brzusznych kotów. Kiedy więc opisał sytuację weterynarzowi, weterynarz rzekł:

- No to chyba będzie do uśpienia. Proszę przyjechać w piątek.

#@(%&%@$&!!

Przyjechaliśmy w piątek - to znaczy zaraz po pracy, którą szybko zakończyłam, szybko pojechałam do domu, szybko przygotowałam kartonik z kocykiem i termoforem i szybko zapakowałam rudzielca do środka, przy okazji zauważając, że strupek na opuchliźnie na brzuszku się otworzył i dość malowniczo rozbabrał, ale sam rudzielec nie był pod wrażeniem tego faktu i chyba nawet go za bardzo nie bolało, po czym szybko wróciłam do miasta po Księcia i szybko pojechaliśmy na umówioną wizytę. Po drodze Książę już zaplanował, gdzie pochowamy naszego małego biedaka, a ja zastanawiałam się, jak teraz wyjaśnię na blogasku, że Jeźdźców Apokalipsy co prawda ostatnio było Czterech, ale teraz jest trzech, bo Śmierć.

Wchodzimy do weterynarza z kocięciem w pudełku i duszą na ramieniu. Weterynarz przejmuje pacjenta. I mówi rozczulony:

- O, jaki jestem ładny!

Mówi, oczywiście, w imieniu pacjenta, nie swoim, i czuć przy tym, że mówi szczerze i z sympatią. Mój osobisty wskaźnik jakości obsługi weterynaryjnej drgnął z nadzieją. Weterynarz tymczasem kontynuował oględziny; podniósł delikwenta, przyjrzał się dolegliwości, profesjonalnie pomacał, a na koniec obwąchał, i kiedy już byliśmy przekonani, że zaraz go poliże, aby przeprowadzić daleko posunięty test organoleptyczny, spojrzał na nas i powiedział:

- No, nie będzie tak źle!

Jeśli dwunastego maja około siedemnastej piętnaście dobiegł Was jakiś niezidentyfikowany huk, to byłam to ja, Książę i tona kamienia, który nam spadł z serca (jednego, wspólnego serca do naszych słodkich kociątek). Przeszliśmy do gabinetu zabiegowego, gdzie rudzielec otrzymał dwa zastrzyki i propozycję nie do odrzucenia na przyjeżdżanie na jeden zastrzyk dziennie aż do wtorku. Poza tym dostaliśmy maść z przykazaniem smarowania dwa razy dziennie, po uprzednim odkażeniu miejsca specjalnym preparatem, a także gwarancję, że kocię będzie żyło długo i szczęśliwie, bo to tylko zapalenie pępka, a jeśli nawet ma do tego przepuklinę, to zupełnie niegroźną i będzie można ją spokojnie wcisnąć na miejsce (oesu, brzmi super).

Rudzielec codzienne wożenie na zastrzyki znosił całkiem dzielnie. Ranka zaczęła bardzo ładnie się goić, opuchlizna zeszła, i w niedzielę weterynarz doszedł do wniosku, że już bez sensu takie jeżdżenie, tyle zastrzyków wystarczy, bo kotek już na pewno będzie zdrowy i szkoda jego i nas tymi wizytami męczyć, i dorzucił nam na pożegnanie jeszcze specjalny opatrunek do zakładania raz dziennie na piętnaście minut, ponieważ jest kochaną cynamonową bułeczką, best weterynarz ever, 10/10, polecam tego allegrowicza.

Uratowany kotełek w glorii swej uratowalności.

I tak nasze kociątko otarło się o Śmierć. Serio, Śmierciu, zostaw już nasze kociątka.

TYLKO PRZYTULAŁEM.

Donalda Trumpa se przytul, kurna.

Reszta miotu tymczasem ma się świetnie i nawet podejmuje już pierwsze próby wychodzenia z kartonu, co oznacza, że czas schować kable i przygotować kuwety. Jakby mi jeszcze mało było prawdziwego życia.

Dumny koteł jest dumny.
Słodki koteł jest słodki.
Skrzywdzony koteł jest skrzywdzony. Przysięgam, że w realu jest ładniejsza, nie wiem czemu wychodzi tak dramatycznie i derpowato na zdjęciach XD
I kocie mordki, mordka Lunatyczki w gratisie.
Z ogłoszeń parafialnych - chyba bąknęłam coś ostatnio o tym, że następny wpis znów będzie konwentowy. No ale nie będzie, bo konwentów i tym podobnych imprez mam już po kokardę, zwłaszcza że ledwie tydzień po Pyrkonie obsługiwałam pilską GIERmanię vol. 2, więc znów cały weekend poszedł się... stosunkować.

No i oczywiście znowu cały dzień siedziałam w wypożyczalni, a przecież w innych punktach imprezy były i konsole, i origami, i Lego, i nawet laser tag! Chętnie z rozpaczy i żalu rzuciłabym wypożyczalnianym stołem, ale leżało na nim tyle gier, że bym go nie uniosła. I byłam zmęczona, i byłam zła, i już nawet przysięgłam sobie, że nigdy więcej nie będę siedzieć w wypożyczalni!!1, ale wczoraj za sprawą koleżanki otrzymałam pośredni feedback dotyczący mojej funkcji:

- Moja mała kuzynka była na Giermanii i mówiła, że taka ładna i miła pani wypożyczała jej gry i tak fajnie wszystko tłumaczyła!

Tak więc na Pilkonie totalnie będę siedzieć w wypożyczalni. <3

No chyba że dostanę prelekcje, jezujezu (nieczyt.).

Podobne posty

11 komentarze

  1. Skala w moim cukrometrze poszła się właśnie chędożyć. Figa mimo całej swojej złośliwości wydaje na ziemski padół takie ładne i urocze potomstwo. Miejmy nadzieję, że nic się im nie udzieli w przyszłości

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ładną mordkę i kolorowe futerko może potomstwu przekazywać, gorzej jak przekaże charakter. D:

      Też mam nadzieję, że już żadne choróbska nie będą dotykać moich ślicznych wnuczątek. ;_;

      Usuń
  2. Słodziaszki! <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Zoba, zoba- jaki fajny konwent, przyjedź! http://www.ostrodanews.pl/event/konwent-fantastyki-16-18-czerwiec-2017/

    Przyjedź!
    Przyjedź!
    Wiem, że to daleko, ale będzie tam Tomasz Knapik! I ja będę!
    No weź przyjedź!
    A potem na festiwal planszówek do Elbląga, też przyjedź. Co z tego, że od Piły to fchuj drogi, ale i tak przyjedź!

    A bukiet kiciusiów zacny. Czy ojciec ten sam co ostatnio, czy nie wiedzą tego nawet Najstarsi Indianie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko nie znowu konwent! (╯°□°)╯︵ ┻━┻)
      Urlop mam! Urlop imprezowo-festiwalowo-konwentowy! (ciul, że to żaden urlop, bo muszę się teraz zająć tutejszym imprezo-festiwalo-konwentem, bo zostały nam do niego tylko cztery miesiące D:) Robię sobie detoks i żodyn Tomasz Knapik ani inny Jakub Ćwiek nie zmieni mojego postanowienia!

      No chyba że to Królik, to rzucę wszystko i przyjadę. <3

      Ale tak poważnie, to przykro mi, Królisiu, ale w czerwcu nie dam rady. Czerwiec to miesiąc urodzin - moich, Księcia oraz większości krewnych i znajomych - więc na pewno wszystkie weekendy będę miała zajęte, a mój portfel już płacze. ;_;

      (Ale za to Ty możesz psychicznie się przygotować na jesienny wyjazd do Piły, co nie? :D)

      Co do ojcostwa kociostwa - ponieważ Figa nie przedstawiła mi oficjalnego narzeczonego, mogę jedynie zgadywać...

      Usuń
    2. No i widzisz- na jesień (przełom września i października) mój Małżon organizuje "Manufakturę", czyli elbląski, niecykliczny, festiwal planszówek i ja jestem przyklejona do stołka. Gdybyście z Ksienciem byli zainteresowani, lub może nawet chcieli się polansować, to mogłabym nawet załatwić Wam kwadrat do spania i michę. Także tego... myślcie ;)

      Usuń
    3. Tylko nie mów, że chodzi o stołek w wypożyczalni. XD Kurczę, brzmi to obłędnie, tylko czemu tak daleko i w tym samym czasie? D:

      Może spróbujmy się umówić, jak już będziemy znały konkretne daty naszych imprez? Też mogę zaoferować nocleg w hacjendzie na pięknej polskiej wsi, i grilla do tego, jeśli tylko nie będzie jeszcze mrozu. :D

      Usuń
  4. Prześliczne kotecki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Oby charaktery też miały prześliczne. :D

      Usuń

Fajnie, że jesteś! Możesz napisać mi komcia, korzystając z tego oto miniporadnika formatowania:

[b]tekst[/b] - pogrubienie
[i]tekst[/i] - kursywa
[a href="www.jakaśstrona.pl"]tekst[/a] - link ukryty

Zamiast nawiasów kwadratowych [] wstawiamy nawiasy ostre <>

Polecany post

Sims 4 - Legacy Challenge - prolog

Dziś będę odtwórcza  mam dla Was coś niesamowitego - Legacy Challenge dla Sims 4! Zainspirowana Projektem "Prokrastynacja" mego ...

Facebook

Blogger

Subscribe