Ona - ta zła kobieta

12:40



Mam na imię Lunatyczka i od pięciu lat jestem partnerką mężczyzny cierpiącego na nerwicę.

Opowiadanie o chorobach i zaburzeniach psychicznych w Polsce, mimo rosnącej świadomości na ich temat, wciąż nie spotyka się z właściwą akceptacją. Przyznanie się do tego rodzaju "defektu" to wciąż swoisty rodzaj społecznego samobójstwa. Te kwestie stanowią tabu - zostały zepchnięte poza społeczną świadomość, a poruszanie ich jest wysoce niesmaczne, żeby nie powiedzieć: niestosowne.


Taka sytuacja jest wynikiem lęku przed nieznanym. Wiedza o chorobach psychicznych większości Polaków bierze się ze stereotypów, sensacyjnych doniesień prasowych, filmów oraz lokalnych plotek, w których syn Nowaków ganiał za ojcem z siekierą, aż w końcu zamknęli go w Złotowie*, a jego krzyki podobno do dzisiaj słychać w całym szpitalu.

* - Złotów to tutejszy synonim wariatkowa, ponieważ mieści się tam jedyny w okolicy szpital psychiatryczny. 
Pewnie w każdym zakątku kraju znajduje się odpowiednik takiego zwrotu. U nas towarzyskie wyznanie Jadę do Złotowa każdorazowo jest źródłem zdziwienia, rozbawienia i dowcipnych komentarzy w stylu No ale chyba nie na stałe?.
Byliśmy tam w czwartek.


Nerwica w pierwszej chwili nie nasuwa negatywnych skojarzeń; może to znaczy, że człowiek jest bardzo nerwowy? Niektórym przed oczami stanie rozczulający obraz detektywa Monka, który ze swoją nerwicą ukazaną pod postacią zamiłowania do pedantycznego ładu i czystości zdolnej wprawić w stupor samą Perfekcyjną Panią Domu, był taki pocieszny, a jego zaburzenie - zabawne, a nawet praktyczne przy rozwiązywaniu kolejnych zagadek. Inni przypomną sobie rolę Marka Kondrata w Dniu Świra, którego bohater nieustannie prowadził wewnętrzny monolog dotyczący irytującego go świata; jego niezmienny plan dnia, precyzyjne rytuały, łykanie pigułek, gburowate zachowanie, a przede wszystkim - sposób odbierania otoczenia mogły już skłonić do pewnych refleksji (Jaki biedny, smutny buc), ale były mimo wszystko śmieszne.

Powyższe przykłady są zarazem bliskie, jak i dalekie od prawdy, ale na pewno nie wystarczające do pojęcia istoty tego zaburzenia - bo nerwica nie jest chorobą psychiczną, a zaburzeniem właśnie.

Istnieje wiele profesjonalnych definicji i opracowań na temat nerwic. Nie jestem psychologiem, więc nie pokuszę się o własne wywody paramedyczne, ani nie będę przeklejać tutaj gotowych haseł z Wikipedii. Zainteresowanych konkretnym wymiarem tego schorzenia odsyłam tutaj i tutaj oraz na forum dotyczące tematu zaburzeń - artykuły, które proponuje wyszukiwarka na hasło "nerwica", w większości ukazują jedynie przemożną ignorancję ich autorów. 

A sama polecę metaforycznie.


Książę mówi, że nerwica to składanie wielkiej i skomplikowanej maszyny, jaką jest... prawdziwy Książę. To codzienne pochylanie się nad hałdą rozsypanych części i sprawdzanie, która nakrętka będzie pasować do trzymanej właśnie śrubki. W tej wersji psychoterapia to rozkładanie ogromnej, ilustrowanej instrukcji obsługi, która ukazuje kolejne elementy układanki we właściwym świetle; lekoterapia to pomoc doraźna w postaci kawy, wódki i zakąski, które umożliwiają mechanikowi nieustanną pracę nad maszyną; natomiast wsparcie bliskiej osoby można zobrazować postacią asystenta mechanika, który podaje narzędzia swojemu mistrzowi, ale nie może mu pomóc w żaden inny sposób - bo tylko mistrz wie, jak wyglądała maszyna przed rozbiórką i co należy zrobić, aby znowu ją uruchomić. Niestety, nie pamięta tego za dobrze, więc nie wiadomo, jak długo jeszcze to potrwa.

Ja widzę nerwicę jako otwieranie sejfu, w którym zamknięty jest... prawdziwy Książę. Sejf jest ogromny i żelazny, z drzwiami jak do skarbca, wyposażonymi w wielki zawór, którym trzeba kręcić aż do otwarcia, i jeszcze dodatkowo zabezpieczony hasłem. Nie można wysadzić drzwi bez szkody dla zawartości, nie można zawołać ślusarza ani fachowca, bo nie ma nikogo, kto potrafiłby się tam włamać - jedynie Książę może go otworzyć, bo tylko on zna hasło, choć na chwilę obecną go nie pamięta. W tej wersji lekoterapia stanowi olej do smarowania zaworu, aby mógł się lepiej kręcić; zaś psychoterapia i wsparcie osoby bliskiej to grupowe poszukiwanie właściwego szyfru. Jednak i tak największą pracę musi wykonać sam Książę, bo sejf został zrobiony na jego zamówienie, więc tylko on może wpisać szyfr i tylko on da radę odkręcić zawór; choć są dni, kiedy zawór nie chce się ruszyć ani o milimetr.

I to są właśnie te dni. Zawór od sejfu nie chciał drgnąć, i żadne części maszyny nie chciały do siebie pasować. Pogorszenie samopoczucia, narastająca frustracja oraz nagły atak paniki zadecydowały o wizycie u psychiatry i ponownym rozpoczęciu przerwanej przed laty lekoterapii.

Charakterystyczną cechą tego typu leków jest to, że nie zaczynają działać od razu, a wręcz przeciwnie - w pierwszych dniach zażywania mogą nawet zaostrzyć stany psychozy. Działanie właściwe zaczyna się po tygodniu lub dwóch, kiedy organizm przyzwyczai się do nowych, podawanych regularnie substancji.

Tłumaczę mu to co wieczór od tygodnia.

Co wieczór od trzech tygodni tłumaczę mu, skąd biorą się wszystkie jego niechciane myśli, lęki i stany uczuciowe, i dlaczego jest z nim tak, a nie inaczej.

Co wieczór on opisuje te same objawy, a ja odpowiadam tym samym zestawem argumentów.

Co wieczór Dzień Świra.


Wiedziałam, na co się piszę, zgadzając się na ten związek, na zaręczyny i na ślub. Nieustannie wypełniam wynikające z tego role partnerki, żony i najlepszej przyjaciółki, ale również matki, ciotki dobrej rady oraz: stylistki, opiniodawcy, radcy, rzecznika, szeroko pojętej asystentki, konsultantki, serwisu informacyjnego, opiekunki oraz psychoterapeuty 24/7.

Wiem, że on uważa, że tylko ja jestem w stanie go zrozumieć, i z tego powodu może na mnie liczyć nieustannie i w każdej sytuacji. Może przyjść do mnie z tym wszystkim, co mu ciąży, zawsze i wszędzie, bo wie, że kiedy traci w życiu równowagę, zawsze stoję za nim, żeby go wesprzeć w niesieniu tego ciężaru i podtrzymać w pionie.

W drugą stronę to przestało działać. 


Właściwie nie powinnam wymagać niczego od osoby, która ledwo dźwiga ciężar własnego problemu - zwłaszcza jeśli jego składową jest, charakterystyczny dla tego zaburzenia, egocentryzm nerwicowy. 

- Dzisiaj się czuję trochę lepiej, nie tak dobrze jak w piątek, ale na pewno lepiej, niż w niedzielę - opowiada potoczyście Książę, kiedy sygnalizuję, że chciałabym z nim porozmawiać. Doprecyzowanie tematu nie pomaga - rzuci dwa ogólnikowe zdania z nim związane i natychmiast wróci do rozpoczętej tyrady o swoim samopoczuciu.

- Czy wyglądam jakoś dziwnie? - pyta z niepokojem Książę średnio co pół godziny, jeśli jesteśmy w miejscu publicznym, a on ma bardzo gorszy dzień. Odpowiedź, że musiałyby mu wyrosnąć oczy na szypułkach, żeby wyglądał dziwnie, go nie satysfakcjonuje - dalej będzie spięty i skupiony na sobie i swojej samokontroli.

- To było całkiem przyjemne - konstatuje z niejakim zdziwieniem Książę, kiedy go pocałuję z większym zaangażowaniem, niż na co dzień. Zwrócenie uwagi, że nie mówi się takich rzeczy w takich sytuacjach, nie robi na nim wrażenia - i tak jest zorientowany na swoje własne przeżycia.

- Jak spałem? - pyta Książę, kiedy tylko się budzę. Absolutny hit ostatnich dni.


Oczywiście, nie jest to jego wina, a on nie skupia się na sobie złośliwie i z premedytacją, bo jest takim smętnym fiutkiem. To nerwica mi go zabiera, bo skupia jego myśli na sobie - nerwicy - i niczym innym. A ponieważ ona - nerwica - siedzi w jego głowie, on utożsamia się ze stanami, myślami i uczuciami, które ona - nerwica - ta zła kobieta - codziennie mu serwuje.

Sporo już przełknęłam - emocji jego i własnych - ale nie jestem przecież pelikanem, żeby móc wszystko bezrefleksyjnie łykać. Jestem tylko człowiekiem. A łykający wszystko człowiek musi w końcu gdzieś zwymiotować.

Mi się właśnie ulało, choć jeszcze nie tyle, ile bym chciała.

Nie wiem, czy będą Simsy w środę. Ani cokolwiek kiedykolwiek.


Podobne posty

6 komentarze

  1. Ulanie się to higiena psychiki, mam nadzieję, że przyniosło Ci to trochę ulgi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ulewaj. Życie z chorym człowiekiem jest tak inne, że właściwie mało kto zrozumie. Ty dodatkowo masz jeszcze ten bonus, że jest to twoj partner- czyli ktoś, z kim teoretycznie wspieracie się nawzajem. Mam szczerą nadzieję, że leki zaczną działać i to jest kryzys. Czy Książę chodzi na terapię? (mam nadzieję, że nie za bardzo wścibsko?)

    OdpowiedzUsuń
  3. sejf - niezła metafora...

    ja bardziej skłaniam się - w zależności od pory roku i pogody (bo one mają też niebagatelne
    znaczenie dla Księcia) do wizji poczwarki w ciągłym stadium zmian...

    po każdym nasileniu - mam innego a tak nieodwracalnego Księciunia - choć na szczęście
    baza - niby kod genetyczny - jest wciąż niezmienna - zwłaszcza ta emocjonalna, pamięciowa,
    ale i behawioralna - taki psychiczny kalejdoskop - bez pewnych, powtarzalnych obrazów...

    czasem bardziej bym użyła porównania do mozaiki - którą trzeba ostrożnie układać, choć
    brakuje elementów lub nagle okazują się jakby z innej układanki (wpływ leków)...

    czasem pojawia się wizja skomplikowanego labiryntu, o którym wiadomo, że jest piękny, choć
    tak inny niż dotychczasowe twory - ale to labirynt, który wciąż zmienia swe kombinacje, jak
    w bardzo niebezpiecznej grze, którą stawką naprawdę jest życie - zarówno to w sferze społecznej
    jak i dosłownym...

    jakby nie było zachwycające to misterium - wielce kruche jest, wymagające taktu, cierpliwości i
    wierności - dzień po dniu, rok po roku...

    i to prawda - trudno pojąć istotę zmagań też z własną bezsilnością komuś, kto nie żyje pod jednym
    dachem z dorosłym Małym Księciem, który bywa, że sam sibie nie rozumie w pełni, odgania jak muchy
    swe myśli - trudno tłumaczyć, czemu nie podejmuje się wspólnie pewnych tak oczywistych dla innych
    decyzji (dziecko, zmiana pracy, zrezygnowanie z wielu dążeń - skoro samemu by się ku nim szło...)

    i ja stosuję zasadę mantry - wiem, że dyskusje w nawrotach są bezcelowe - chyba, że mają uciszyć lęki,
    umocnić w terapii czy najzwyczajniej - doprowadzić delikwenta pod drzwi specjalisty :P

    Twoje ostatnie zdanie jest tak bolesne, życiowe, prawdziwe - oj, znam je aż za dobrze - ostatnimi czasy coraz
    częściej muszę nie tylko sobie ale i innym powtarzać - "nie wiem, co będzie jutro... ze mną, z mężem, z córką..."
    tylko czasem mam ochotę wrzeszczeć, gdy mnie pytają, czemu nie zdecydowałam się na drugie dziecko (jakby
    potomstwo było planowane, ha!) - przez zęby syczę "przecież ja już mam dwoje dzieci..."

    a potem - wdech-wydech - no tak, jak dobrze, że tak wielu nie musi tego sobie nawet wyobrażać...
    a ja cóż - dzień po dniu, rok po roku - oby do kolejnych 15 lat, tak zżytych, tak prawdziwych, tak
    wbrew diagnozom - szczęśliwych... ♥

    czego i Tobie życzę, Lunatyczko - nie musisz być sama - grazynkaa77@hotmail.com

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja Cię naprawdę szczerze podziwiam. Sama jestem na tyle złym człowiekiem, że nie mam cierpliwości do takich osób - nie ważne jak bliskie by mi były. Dlatego tym bardziej Cię podziwiam i życzę Ci jeszcze więcej siły w radzeniu sobie z tą sytuacją. Trzymaj się i się nie daj! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam zdiagnozowane stany lękowe i zaburzenia kompulsywne, dlatego w domu "Księciem" jestem ja. Dlatego dziękuję Ci za tego posta, bo wiem, że Małżon żyjąc ze mną na co dzień, nieraz wyciągający mnie z kąta, tulący, gdy wyję bez powodu i schodzący z drogi, gdy krzyczę w rozpaczy, biorącej się "znikąd", odwala iście heroiczną robotę. A potem jeszcze ma siłę, by powiedzieć, że kocha, że gdzieś tam, w środku jestem prawdziwa ja.
    Dzięki tabletkom działam od dwóch lat. Czasem jest lepiej, czasem gorzej. Ostatnio raczej lepiej, ale nie zawsze. Przyzwyczajałam się do do nich dwa tygodnie, ale teraz bardziej boję się życia bez tabletek, niż brania ich do końca życia.
    Boję się też, że kiedyś Mąż nie wytrzyma, że kolejny mój atak gniewu/strachu/żalu, będzie ostatnim i zostanę sama...

    Jesteś nie tylko utalentowana, ale też silna i wrażliwa. Mam nadzieję, że starczy Ci siły na Księcia.
    K.

    OdpowiedzUsuń
  6. Kochana, niezwykle Cię podziwiam i zawsze zastanawiałam się, jak to jest możliwe, że z taką łatwością zarażałaś wszystkich optymizmem. Nawet Ci zazdrościłam, bo to, że mieszkasz z mężem i możecie sobie pozwolić na coś takiego, jak kota jest oznaką jakiejś stabilizacji finansowej, jakiej nam brakuje (a niestety, tylko ja staram się dążyć do osiągnięcia jej).
    Teraz widzę, że jest to Twój mechanizm obronny, starający się zrównoważyć to, co się dzieje w Twoim otoczeniu. A mimo to, jest to ogromny dar i to właśnie dlatego jesteś tak bardzo potrzebna swojemu Księciu. Jestem pewna, że również on o tym wie i w głębi duszy, jest Ci potwornie wdzięczny, że ciągle przy nim trwasz, pomagasz, pielęgnujesz. I kiedyś Ci się uda wydobyć go z tej skorupki.
    Pamiętaj tylko, że musisz większą uwagę poświęcić Sobie. Teraz to Ty jesteś tą silniejszą w związku. Jesteś jedynym filarem, żeby go podtrzymać. Bez Ciebie ten świat runie...

    Dlatego Ty musisz mieć siłę. Martwy ratownik, to zły ratownik. Ważniejszy od zwycięstwa Księcia będzie brak Twojej porażki. Dbaj o siebie. Trzymaj się.

    A w razie czego wylewaj na blogu, bo jesteśmy z Tobą.

    OdpowiedzUsuń

Fajnie, że jesteś! Możesz napisać mi komcia, korzystając z tego oto miniporadnika formatowania:

[b]tekst[/b] - pogrubienie
[i]tekst[/i] - kursywa
[a href="www.jakaśstrona.pl"]tekst[/a] - link ukryty

Zamiast nawiasów kwadratowych [] wstawiamy nawiasy ostre <>

Polecany post

Sims 4 - Legacy Challenge - prolog

Dziś będę odtwórcza  mam dla Was coś niesamowitego - Legacy Challenge dla Sims 4! Zainspirowana Projektem "Prokrastynacja" mego ...

Facebook

Blogger

Subscribe