Pilkon 2017 - tak, było fantastycznie!

21:41


Niespodzianka - jednak nie umarłam! Najwyższy czas na chaotyczną relację z fantastycznego konwentu, pełną srogiej prywaty, dziwnych retrospekcji i absolutnie zbędnych szczegółów kulisów organizacji, w której byłam mocno!

Bo, Drodzy Państwo, dostąpiłam pilkonwentowego awansu. W zeszłym roku zostałam jedynie wzięta z łapanki do obsługi wypożyczalni planszówek, no i trochę poprawiłam plakat. W tym roku natomiast asystowałam w narodzinach drugiej edycji Pilkonu od samego początku, odpowiadając między innymi za całą - naprawdę całą - oprawę graficzną, co napawa mnie dumą i mam zamiar o tym opowiadać długo i rozwlekle. Dokładnie wszystko, co powinno dobrze wyglądać na papierze/bannerze/ekranie, od głupich obrazeczków na fejsie, poprzez wszelkie gadżety reklamowe, aż po dodatkowe materiały wymagające druku, jak choćby kopie obrazów naszego nadwornego malarza przeznaczone na nagrody konkursowe, musiało przejść przez moje ręce. 

Ponadto odpowiadałam za konkurs literacki, częściowo walczyłam ze stroną internetową - której wygląd mnie nie zadowalał - ale nie mogłam za bardzo grzebać w dizajnie, bo Klakier by się srożył - pozdrawiam Klakiera - w przyszłym roku zrobię ją od nowa - tak, to jest groźba - a także pilnowałam poprawności językowej tekstów publikowanych w pilkonowych mediach społecznościowych, no i sama co jakiś czas przygotowałam różne cosie do publikacji. Słowem: huk roboty, a w dodatku zapowiadało się, że koniec końców na samym Pilkonie i tak trafię do obsługi wypożyczalni planszówek. 

Z tego wszystkiego całkiem zapomniałam, że jakoś tak na początku maja podchwyciłam pomysł dotyczący stworzenia Gry Pilkonowej - takiej terenowej, tylko że pilkonowej. Mało tego, nawet zadeklarowałam wówczas, że ją napiszę, jeśli tylko ktoś mi pomoże. Chęć pomocy wyraziło Dobre Mzimu - to samo, dzięki któremu wciąż jeszcze czytacie tego blogaska, i to nawet prawie regularnie (a jeśli nieregularnie, to też jego wina zasługa). Uspokojona tym wsparciem, zajęłam się projektowaniem i innymi rzeczami wymagającymi ogarnięcia, które były pilne i które trzeba było robić na wczoraj. 

Czas sobie leciał, a obowiązków nie ubywało. W pewnym momencie okazało się, że wskutek rozmaitych życiowych turbulencji, jakich doznali członkowie pilkonowego zespołu na przestrzeni czasu, przy organizacji całego konwentu pozostaliśmy jedynie w piątkę. Co prawda była to Piątka Wspaniałych, ale w tym wypadku nie tylko jakość, ale i ilość miała znaczenie. Z tego powodu musieliśmy szybko rozdzielić między siebie rozmaite bieżące zobowiązania do tej pory spoczywające na barkach naszych pomocników z doskoku, ponieważ szybciej było je przejąć na siebie, niż szukać i przyuczać kolejnych ludzi, którzy mieliby się nimi zająć. 

I tak nagle aktualizowałam fejsbuka, aktualizowałam stronę internetową, przygotowywałam do druku plakaty, bannery, smycze, koszulki, notesy i co tylko jeszcze miało się przydać, przygotowywałam również druk części obrazów wystawowych, i ściany do fotobudki, i tabliczki do TARDIS, i projekt Kryształowych Jeleni wręczanych w ramach rozmaitych okazji, i podziękowania, i dyplomy, i całą oprawę programu Pilkonu, i rozkład jazdy Pilkonbusu, i jeszcze miliard innych rzeczy potrzebnych na zaraz, które nieustannie wrzucali mi koordynator główny i jego ukochany zastępca; a wszak mogłam to robić tylko wieczorami i nocą, bo przecież w ciągu dnia jestem sobie biurwą absolutnie z fantastyką niezwiązaną, zupełnie jak jakiś Clark Kent, co po szesnastej wychodzi z korpo i zamienia się w Pilkonmana (nawet laserowy wzrok się zgadza, umiem spopielić spojrzeniem, serio, spytajcie moich Pilkompanów).

Dlatego kiedy spotkaliśmy się na zebraniu dwa tygodnie przed imprezą...

- A co z Grą Pilkonową? - zapytał Książę, koordynator główny Pilkonu.

Spojrzałam na Dobre Mzimu. Dobre Mzimu spojrzało na mnie. Wzrokowym transferem danych dokonaliśmy przeglądu miliona naszych zadań pozostałych do wykonania w ciągu najbliższych dni. Istniała poważna obawa, że nawet nie podejmując wyzwania, jakim jest stworzenie całej gry terenowej w parę nocy, możemy nie zmieścimy się w czasie. Odpowiedź mogła być tylko jedna.

- Spoko, napiszemy ją w tym tygodniu.

#yolo #organizejszynlevelmaster

To się po prostu nie mogło udać.

- Damy radę - rzekło pewnie Dobre Mzimu, jedyna osoba, która była absolutnie przekonana, że damy radę, i nie mogły zachwiać tym przekonaniem ni nawarstwiające się obowiązki organizacyjne, ni dojmujący brak rąk do pracy, ni czas rączo gnający na spotkanie przeznaczenia zwanego Pilkonem. 

- Teraz to już na pewno umrę - rzekła pewnie Lunatyczka, która wyrażała takie przypuszczenie średnio raz w tygodniu, ale tym razem utwierdziły je nawarstwiające się obowiązki organizacyjne, dojmujący brak rąk do pracy oraz czas rączo gnający na spotkanie przeznaczenia zwanego Pilkonem. 

Wasted. (to zdjęcie nie ma związku z Grą, ale dobrze obrazuje odczucia, jakie miałam w owym czasie) (fot. Justyna Smoguła)

Gra Pilkonowa przede wszystkim wymagała pomysłu, a pomysł wymagał srogiego researchu. Zasiadłam do niego z postanowieniem, że oprzemy całość na jakiejś ogólnie znanej legendzie o naszym wspaniałym mieście Pile, co wydatnie ułatwi zadanie, a przynajmniej załatwi jakąś połowę roboty koncepcyjnej. 
Research pokazał, że Piła nie jest zbyt legendarnym miastem. Właściwie to wcale nie jest legendarna. Nie ma dokładnie ani jednej legendy z czasów początków miasta. Są tylko halucynacje z niedożywienia legendy napisane na potrzeby konkursu, który miasto zorganizowało parę lat temu. I oczywiście nie było ich w internecie.
Dlatego doszłam do wniosku, że szybciej będzie, jak sama napiszę legendę. Jakoś tak w międzyczasie, między pracą a projektowaniem ku chwale Pilkonu.
#yolo #totalniewszystkozdążę

I owszem, wymyśliłam ją, choć nie zdążyłam z jej literackim opracowaniem, bo w tym samym czasie, zupełnie nieoczekiwanie, Dobre Mzimu wzięło i zaczęło pisać fabułę samej gry i nie wiedzieć kiedy postawiło cały szkielet; a szkieletem szybko trzeba było się zająć i ubrać, żeby nie straszył fabularną golizną, co jednak było ważniejsze niż sama legenda.

Dlatego Dobre Mzimu napieprzało plot, a ja biegałam za nim, łatałam dziury i wyprowadzałam wszystkie wątki na prostą, żeby Gra się nie zbugowała. Opracowaliśmy questy główne i poboczne, wytypowaliśmy lokacje i NPCów, i to w taki sposób, by gracze musieli skorzystać z większości atrakcji konwentu, określiliśmy interakcje konieczne do pchnięcia historii do przodu i wyliczyliśmy punktację, a w dodatku sami przygotowaliśmy wszystkie rekwizyty, słowem - ogień w szopie. Czułam się, jakbyśmy płynęli rozchybotanym kajakiem szału twórczego po straszliwej rzece czasu, z Dobrym Mzimu przy wiosłach i mną przy sterze, omijając wszelkie przeszkody chyba tylko cudem; albo po prostu jesteśmy tak zajebistym i niepokonanym tandemem, że nic nie jest w stanie nas przewrócić, nie wiem. Ostatecznie naprawdę nie mam pojęcia, jak to zrobiliśmy, ale zrobiliśmy - nie tylko dopilnowaliśmy wszystkich pozostałych pilkonowych obowiązków, ale w dodatku napisaliśmy całą Grę. W dwie osoby, w dwa tygodnie. 

I działała! I ludziom się podobało! 

A przynajmniej tak mówili. Może ściemniali, bo nie chcieli, żeby było nam przykro. :D

Nie był to jednak koniec stresów i zgryzot, z którymi organizacja wielkich przedsięwzięć nieustannie się wiąże. Gdy już na samym Pilkonie Gra się rozpoczęła, martwiłam się mocno o naszych NPCów, których ze względu na brak czasu mogliśmy zapoznać z rolami dopiero tuż przed rozpoczęciem rozgrywki. NPCe miały strasznie ważną rolę, bo to od nich gracze mieli dowiadywać się, co się właściwie dzieje w naszej growej osadzie zwanej Białą Runą - skąd wziął się ten festyn współcześnie zwany konwentem, w którym właśnie biorą udział, jak mogą odnaleźć posążek Kryształowego Jelenia, o którym opowiada legenda, a co ważniejsze - kim tak naprawdę jest tajemniczy Waldemar, który o odnalezienie posążka ich poprosił, i co się stało z naszym Alchemikiem?

Ponieważ nie wiedział tego nikt poza osobami, które czytały skrypt Gry, było to straszliwie ważne, żeby udzielać graczom jak najwięcej informacji (no chyba że nie byli ciekawi historii, bo bardziej interesowało ich robienie questów za punkty, tacy też się trafiali). Dlatego musieliśmy z Dobrym Mzimu jak najwięcej nadrabiać (w końcu kto mógł wiedzieć o Grze więcej niż jej autorzy?) i jak najbardziej wtajemniczać graczy w fabułę, choć nie robić przy tym spojlerów, zależnie od tego, na jakim etapie gry byli. Na początku na przykład mogłam opowiadać jedynie o samej legendzie, ewentualnie o Waldemarze, jeśli gracze byli ciekawi; ale po jakimś czasie przychodził moment, kiedy powinnam zaniepokoić się nieobecnością naszego kolegi Alchemika, który zawsze stał przy swoim stole, a teraz go nie było. Ogólnie rzecz biorąc: trzeba było grać.

I granie było świetne, choć rzecz jasna byłoby lepsze, gdybym tylko miała jakikolwiek skill aktorski. Ponieważ jednak aktorka ze mnie żadna i nie tylko graniem w grę musiałam się martwić, miało to tragiczny wpływ na autentyzm mojej roli. A poza tym tak naprawdę boję się ludzi. I boję się publicznych wystąpień. 

Z tego też powodu rozpoczęcie Gry, które musiałam zrobić na scenie, sama, przez mikrofon, było tak kulawe jak tylko się dało, i strasznie za to przepraszam, ale nie występowałam publicznie, odkąd przestałam się popisywać na konkursach recytatorskich, czyli już jakieś piętnaście lat, a Dobre Mzimu, jedyna osoba, która mogłaby to wprowadzenie zrobić za mnie, uznało że boi się publicznych wystąpień nawet bardziej. Co zupełnie nie przeszkodziło mu w przeprowadzeniu quizu przed finałem konkursu na najlepszy cosplay w sali pełnej ludzi jakieś parę godzin później. Fak ju, Dobre Mzimu. 

Ale starałam się bardzo, i faktycznie były momenty i były osoby, dzięki którym robiło się naprawdę RPGowo.

No, to zdjęcie ma już związek z Grą, bo przedstawia jej rozpoczęcie i totalnie wyluzowaną Lunatyczkę produkującą się na scenie. Jakby kogoś interesowały niskobudżetowe przebrania, to takie sukienki jeszcze niedawno wisiały na przecenie w Reserved, polecam, 10/10. (fot. Justyna Smoguła)
Do legendy, na bazie której osadziliśmy fabułę Gry, napisałam nawet piosenkę i całe szczęście, że przynajmniej od śpiewania miałam człowieka, bo chyba bym tam zeszła na zawał. Nasz Bard niestety poszedł na łatwiznę i zaaranżował melodię po swojemu (a miało być Scarborough Fair!), no ale i tak bardzo ładnie to zrobił, skubaniec. (fot. Justyna Smoguła)

Jedna z naszych drużyn - mamy z dzieciątkami w chustach! Dzieciaczki były niesamowicie spokojne, przesiedziały im na plecach cały dzień, podczas gdy mamusie robiły questy, i chyba nawet nie płakały ani razu. (te dzieciaczki, nie wiem jak mamusie) (fot. Justyna Smoguła)

A to inna drużyna na tle naszej TARDIS, oraz mistrz drugiego planu, czyli Bard, czyli ten gość, co śpiewał piosenkę. W przerwach od śpiewania nosił taką właśnie maskę z długim, odstającym dziobasem i był zachwycony faktem, że wszystkie dziewczyny go za niego ciągają. Kurczę, to nie brzmi najlepiej... (fot. Justyna Smoguła)

Pewnego razu do wypożyczalni podbiła drużyna Sauron Nas Zabije.
- Chcemy wiedzieć coś o legendzie Kryształowego Jelenia.
- A konkretnie co? - spytałam uprzejmie.
- WSZYSTKO.
- No przecież dziesięć minut temu opowiedziałam wam całą legendę - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, jeszcze nie uświadamiając sobie, że powinnam grać jednak trochę lepiej niż biurwa nie wychodząca poza swój standardowy zakres obowiązków. 
- No ale na pewno nie ma w tej historii nic poza tym? Posążek Jelenia pojawia się co roku w osadzie, odkąd nikczemny Mścisław go odnalazł i to tyle?
- Och - odrzekłam z właściwą sobie erudycją, uświadamiając sobie, że jednak nie jestem dziś biurwą i wypadałoby przejawić inicjatywę. 

Rola biurwy jest bezpieczna, ponieważ gwarantuje profesjonalizm graniczący z perfekcjonizmem i skutkuje zawsze właściwie wypełnionymi zadaniami, co jest ważne nie tylko w wypożyczalni, w której wymagamy od ludzi okazywania dokumentów tożsamości do spisywania danych, ale w życiu w ogóle. Lubię być biurwą, bo wtedy mam pewność, że robię wszystko jak należy, zgodnie z wszelkimi wytycznymi i oczekiwaniami innych. To dla mnie strasznie ważne, bo nic nie stresuje mnie tak bardzo, jak popełnianie błędów.

No ale w Grze przecież byłam nie tylko biurwą z wypożyczalni, która żadnego błędu popełnić nie może. 

Byłam Smoczym Dziecięciem, madafaka. (a przynajmniej taki miałam cosplay)

Rozsiadłam się niespiesznie na krześle. Noga na nogę, ręka na oparcie, a gdybym mogła, to bym zapaliła.

- Podobno - zaczęłam niezobowiazująco, obserwując jak dziewczęta z drużyny czekają w napięciu na to, co powiem - niektórzy mówią… w sumie nie wiem, trochę to naciągane, ale… czasem mówi się o tym, że Mścisław dokumentował swoje poszukiwania. Że być może gdzieś istnieje jego dziennik prowadzący do posążka. I że być może w chwili, kiedy Duch Lasu zamieniał Mścisława w drzewo, miał on ten dziennik przy sobie.

- O - rzekła drużyna, będąc pod wrażeniem, a przynajmniej sprawiając wrażenie będącej pod wrażeniem, co oznaczało, że osiągnęłam cel: zagrałam jak trzeba. Challenge completed, mam tę moc, i ojeju, jakie to fajne! :D

Lol, Justyna nawet uwieczniła ten wspaniały moment! :D (fot. Justyna Smoguła)
I potem szło już z górki. 

No, prawie.

- Tu jest odsyłacz do mędrca Krzysztofa - zagadnął członek z ramienia wysunięty na czoło drużyny Ucho, pokazując właściwe okienko na swojej Karcie Drużyny. - No i ja mam na imię Krzysztof i jestem całkiem mądry, ale chyba jednak nie mam dla siebie questa.
- Chodzi o takiego prawdziwego mędrca - sprostowałam jedynie odrobinę złośliwie.
- Ależ ja wszystko wiem, proszę mnie pytać.
- Ach tak?
- Tak.
- To ile trwa okres godowy chomika? - zapytałam, czerpiąc mimochodem z klasyki filmowej. Z tej samej klasyki czerpałam, pisząc żartobliwy skrypt dla jednego z naszych NPCów, który miał wyjawiać graczom sekretne sekrety tego właśnie pokroju. No ale mimo wszystko film był stary, żart dosyć hermetyczny, a szanse, że jakiś randomowy bohater Gry będzie znał odpowiedź na tego typu pytanie, prawie żadne.
- Trzy miesiące - odrzekł bez najmniejszych wątpliwości rzekomy Krzysztof.
Powstrzymałam opad szczęki i inne fizyczne reakcje świadczące o moim szoku. W końcu jedna poprawna odpowiedź na jedno dziwne pytanie to jeszcze nie mądrość, kurna. Może akurat tego dowiedział się od sekretnego NPCa. Czas wytoczyć ciężkie działa.
- A jaka jest prędkość jaskółki bez obciążenia?
- 38 km/h, biorąc pod uwagę opór powietrza i rozpiętość skrzydeł.
- Ale afrykańskiej czy europejskiej?
- Oczywiście że europejskiej.
- Dobry jest - mruknęłam z niechęcią do towarzyszki samozwańczego mędrca Krzysztofa, a ta jedynie rozłożyła ręce we współczującym geście. 

Z tego też powodu muszę przyznać, że późniejsze zwycięstwo tej drużyny w Grze (choć nieco zaskakujące, bo zdawało mi się, że przewagę mają dziewczyny od Saurona, ale ich pozycja osłabła, kiedy okazało się, że nie umieją strzelać z łuku - tak się kończy gardzenie elfami, drogie panie!) było z pewnością zasłużone. No i była to drużyna bardzo kochana, ponieważ jedną ze swoich nagród przekazała na ręce chłopaczka, którego mogłam wyróżnić jedynie werbalnie, bo nagród pocieszenia nie przewidziano, a wyróżnienie mu się należało, bo siedział na naszym konwencie aż do późnej nocy, kiedy reszta jego ekipy już dawno się rozeszła, i sam nadrabiał nierozwiązane questy, i w dodatku na koniec zgubił kartę swojej drużyny, którą szczęśliwie ktoś odnalazł i mi przyniósł, i przejął się straszliwie, i szukał jej z samego rana za pośrednictwem mikrofonu naszego mędrca Krzysztofa (tego właściwego), i aż się za głowę złapał z ulgi, kiedy zobaczył, że ją mam - niesamowity gość, w przyszłym roku dostanie ode mnie wielką czekoladę za samo uczestnictwo.

Do wygrania w Grze były obrazy z kotełkami i figurki Kryształowych Jeleni! (nie pytajcie, skąd wziął się tutaj Smutny Klaun(fot. Justyna Smoguła)
(serio, nie pytajcie) (fot. Justyna Smoguła)

(oni też nie wiedzą) (fot. Justyna Smoguła)
I ta właśnie Gra to chyba jedno z naszych największych osiągnięć, na równi ze zbudowaniem od podstaw TARDIS (tak, zbudowaliśmy od podstaw TARDIS). Jasne, mogła być dużo lepsza, powinniśmy się nią zająć wcześniej i staranniej przyuczać NPCów do ról, co na pewno zrobimy w przyszłym roku, no ale kurczę, jak na pierwszy raz było chyba dosyć dobrze? :D

Mam zamiar wkrótce spróbować ogarnąć literacko plot Gry i ostatecznie dokończyć legendę, od której cała jej fabuła się zaczęła, bo to się totalnie nadaje do publikacji, choćby jedynie na pamiątkę. Co prawda teraz, po Pilkonie, muszę w pierwszej kolejności nadrobić trochę życia, a ogrom czasu, jakim nagle zaczęłam dysponować, paradoksalnie wcale tego nie ułatwia, no ale, że zacytuję klasyka, dam radę. Stay tuned.

(w ogóle przydałby mi się jakiś kurs improwizacji aktorskiej, no kurna, jak można robić taką prawie LARPową Grę i być takim kołkiem, bez kitu.)

Tak, to my, twórcy Gry! (i jeden bezużyteczny Bard) (fot. Weronika Ignaciuk, Głos Wielkopolski)

Z innych rzeczy - jako grafik, a wręcz, pozwolę sobie się ponapawać, w pewnych wymiarach organizator (miałam plakietkę “Twórca programu”, taka byłam ważna, true story), a także, a jakże, nadzorca wypożyczalni gier planszowych oraz NPC i prowadzący Gry zarazem, jak również osoba odpowiedzialna za konkurs literacki i jego rozstrzygnięcie - podczas konwentu miałam masę pierdół do dopilnowania. I nawet nie zdążyła mnie przerazić ta odpowiedzialność, tak szybko, sprawnie i sympatycznie wszystko się toczyło; tak jakby wszystko samo się dopilnowywało, bez udziału mojej świadomości. 

Przepraszam że ciągle opowiadam o kwestiach organizacyjnych, ale strasznie przeżywam, że brałam w czymś takim udział i że wszystko się udało tak jak chcieliśmy, no przecież to jest jakiś obłęd, chyba już wiem, co czują świeżo upieczone matki. :D

W każdym razie dzięki temu, że miałam tyle na głowie, paradoksalnie miałam też czas, żeby po Pilkonie polatać i nawet zdążyć trochę przekonać się, co takiego mamy w ofercie dla uczestników.

A mieliśmy milion! I to przez dwa dni! 

Mieliśmy oczywiście Ingę prowadzącą warsztaty z Legorobotyki, i Adę prowadzącą warsztaty z origami. Ada dzielnie nauczała składania papieru przez cały konwent całkiem sama, a obłożenie na swoich warsztatach miała non stop, nie wiem, jak ona to zrobiła, najwyraźniej jest zwyczajnie fantastyczna. Poza tym przywiozła nam do pokazania przepiękne papierowe jelenie w galopie, które podobno składa się cztery godziny mając czarny pas w składaniu; a jeden z jeleni był nawet podpisany przez Pilipiuka, no bo czemu by nie, co oznacza, że nasz konwent otrzymał jego błogosławieństwo i +10 do fantastyki. 

Małe rzeczy, a cieszą. (fot. Justyna Smoguła)
Takie to wszystko ładne i kolorowe, i w dodatku całkowicie biodegradowalne! (fot. Miasto Piła)

Sztuka składania papieru na szczęście nie jest objęta cenzusem wiekowym. (fot. Justyna Smoguła)
Te słodziaki były również jedną z naszych drużyn, a Dorigami jedną z lokacji do zaliczenia, gdzie można było odkryć tajemnicę legendarnej piosenki. (fot. Justyna Smoguła)


 Tymczasem Inga ze swoją ekipą całą sobotę pokazywała dzieciakom dużym i małym, jakie cuda i wizjonerskie maszyny można złożyć z klocków Lego, i jak je do tego zaprogramować, żeby na przykład chodziły po schodach. Albo rzucały się do tętnicy. Maszynę rzucającą się do tętnicy pod postacią wielkiego mechanicznego wonsza przyniosła nam nawet do wypożyczalni. Wonsz ten w miejscu oczu miał czujkę na podczerwień, więc jak chciało się go pogłaskać, to otwierał papę i rzucał się na głaskającego z zębami, co było totalnie osom i sprawiało, że wszyscy uciekali z wrzaskiem.

- Borze, jaki słodki! - rozczuliłam się, kiedy wonsz rzucił się na mnie z zębami.

- Jesteś pierwszą osobą, która tak zareagowała - odnotowała Inga i mam nadzieję, że moją niecodzienną reakcję uznała za komplement. No chyba że wonsz miał być przerażający, a nie słodki, to wtedy trochę fail.

Wonsz klockowy, tududu tududu, jest odjazdowy, tududu tududu. (fot. Justyna Smoguła)
A inżynierii uczymy się tak. (fot. Justyna Smoguła)

Te warsztaty również nie miały limitu wiekowego. (fot. Justyna Smoguła)

Uczestnicy byli skupieni, jakby przygotowywali się co najmniej do podboju kosmosu. (fot. Justyna Smoguła)

A chętnych do podboju była ciągle cała masa. Szkoda, że te warsztaty odbywały się jedynie w sobotę. (fot. Justyna Smoguła)
Mieliśmy też, oczywiście, Chaos Games z planszówkami, w wypożyczalni którego urzędowałam, a w sklepie którego urzędowała moja koleżanka, i co tworzyło cały Games Room, wypełniający większość holu głównego. Do tego za część Games Roomu odpowiadało wydawnictwo Black Monk, które rozstawiło się z własnym towarem i prezentowało oraz animowało swoje nowe tytuły, na przykład dwadzieścia różnych rodzajów Munchkina, z Zombie, Steampunkiem i Marvelem włącznie. Podobnie działał Portal, z tym że jego ambasadorem był nasz człowiek, więc ciągle zapominam, że pracował z nami w imieniu zewnętrznego wydawnictwa, a nie w imieniu własnym. :D 

Jak zawsze, milion ludzi all day, all night(fot. Justyna Smoguła)

To mi wygląda na tajemny turniej w Dominion(fot. Justyna Smoguła)
To z kolei wygląda jak trening do turnieju w Domek(fot. Justyna Smoguła)

A to mi wygląda na poszukiwanie questa. Drużyna coś ode mnie chciała, a ja chyba akurat gdzieś wyleciałam. :< (fot. Justyna Smoguła)

Konia zrzędę temu, kto wypatrzy epickie trofeum jelenia. Hint: nie wisi na żadnej ścianie (niestety nie mieliśmy wolnego gwoździa). (fot. Justyna Smoguła)

O, ten kudłaty to Waldemar właśnie, czyli główny bohater naszej Gry. Był idealnym głównym bohaterem, ponieważ nie pokazał się na rozpoczęciu i właściwie nikomu z graczy nie dał się odnaleźć, a nawet jak już się dał, to udawał, że nie ma o niczym pojęcia i wszyscy mu wierzyli. No, poza jedną drużyną, która nie dała się zwieść, a po zakończeniu Gry podeszła do niego i fuknęła: "To TY go zabiłeś!". #truestory (fot. Justyna Smoguła)

Z innych kwiatków, jedna z drużyn zapisała się na Grę już na tydzień przed Pilkonem, po czym na samym Pilkonie rozbiegła się po planszówkach, konsolach i turniejach oraz innych atrakcjach i w ten sposób po prostu przestała istnieć; o czym poinformował mnie jej Ostatni Sprawiedliwy członek, kiedy przyszedł do mnie wypisać się z tego interesu. :D (fot. Justyna Smoguła)
A to jakiś błędny rycerz z wioski średniowiecznej, który zamiast ostrzyć toporki przyszedł sobie na turniej Neuroshimy Hex. (fot. Justyna Smoguła)

Speed Cups to zawsze najlepsza opcja na rozpoczęcie przygody z rodzinnym graniem w planszówki. Lunatyczka approves, nasz Bard również, choć byłoby prościej, gdyby nie był daltonistą. (lubię to, że mogę pisać o Bardzie cokolwiek, bo on i tak tego nie przeczyta, przy reszcie opisów niestety muszę się pilnować. :D) (fot. Justyna Smoguła)

Mieliśmy też Maginarium, które sobie stało przy Games Roomie i handlowało rozmaitościami. Przyznam, że temu akurat się nie przyjrzałam, może mi umknęło, bo ich stoisko nie było szczególnie rozległe, a może po prostu nie miałam czasu na dłuższe paczenie, bo oczywiście nigdy nie mam czasu, jestę organizatorę mocno. Na parterze sprzedawało się również parę pojedynczych wystawców-artystów, jak choćby duet pod skrzydłami Radioaktywnego Pingwina, który prowadził stoisko post-apo z łapaczami snów i innymi bajerami, a przy okazji wygrał sobie nagrodę za cosplay, a co sobie będą żałować; czy też Aspeku, słodkie maleństwo, które nie tylko rysowało na bieżąco rzeczy na sprzedaż, ale jeszcze sobie wisiało w ramach wystawy przy tej mojej wypożyczalni właśnie. 

(tak, jeśli czegoś nam brakowało, to większa liczba sklepików jest jedną z tych rzeczy, ale nic straconego, naprawimy to w przyszłym roku!)

Tutaj też tłumy all day, all night(fot. Justyna Smoguła)
Czy ja tam widzę koszulkę z Karpnado? (fot. Justyna Smoguła)

Czy z tego hełmu wystają sztuczne ręce?! (fot. Justyna Smoguła)


Czy to jest ta fajna zamykana paletka do akwareli, której nie mogę nigdzie w mieście znaleźć?! (shoutout dla Aspeku, bo to jej stoisko; tylko mi nie mów, że paletkę kupiłaś w internecie, nie lubię kupować rzeczy, których nie mogę pomacać :<) (fot. Justyna Smoguła)
W ramach wystawy zwisał nam również pan Czerwiński i dziesięć jego wiekopomnych dzieł przeznaczonych na nagrody w przeróżnych konkursach, a za cosplay zwłaszcza (bo cosplayerzy zawsze mają najlepiej, jeszcze hajsy do tego dostali, bez kitu), i oczywiście wisiała bajeczna Karoinna, która kolejny rok z rzędu wpędzała w kompleksy rzesze artystów i przebierańców swoim artyzmem i przebraniem.

Pięć z dziesięciu wiekopomnych dzieł. Pan w centrum kompozycji wskazuje na obrazy za sobą, ponieważ wie, że są one również elementem Gry Pilkonowej i ułożone we właściwej kolejności ujawniają pewien sekretny sekret. (fot. Justyna Smoguła)
A oto Karoinna w niedzielnym cosplayu jako słodka różowa Ciri. Przy okazji, jak się podoba nasza komiksowo-kolażowa ścianka do zdjęć? (fot. Justyna Smoguła)
Ponadto Pilski Klub Fantastyki, czyli nasza cudna Andromeda, prowadził nieustannie sesje gier bitewnych i RPG. I znów żałuję, że nie miałam czasu postać i popaczeć, jak taka sesja w ogóle wygląda, na pewno było świetnie. Przelatywałam akurat obok, kiedy jakaś drużyna walczyła ze smokiem i z triumfalnym wrzaskiem - własnym oraz grupy widzów - w końcu posłała go na OIOM, a Mistrz Gry zabrał go wówczas z planszy, artykułując przy tym stosowne onomatopeje, co brzmiało zupełnie jak ścieżka dźwiękowa do Eragona w reżyserii Michaela Baya.

A poza tym nauczali tam malowania figurek i nawet na koniec warsztatów nagrodzono te najładniejsze!

Poza kadrem tego zdjęcia stoi Mistrz Gry właśnie, więc wszyscy są w niego wpaczeni jak w obraz. Obraz rychłej klęski na polu bitwy. (fot. Justyna Smoguła)

Ale nawet jak się nie umiało grać, plansze i figurki po prostu cieszyły oko. (fot. Justyna Smoguła)

Takie maleńkie, takie śliczne, takie ręcznie malowane! (fot. Justyna Smoguła)

No przecież to jest coś pięknego. (ciekawe, jakich pędzelków używają do malowania takich drobiazgów, muszę w końcu do nich iść i wykraść jakieś tajniki sztuki miniaturyzacji) (fot. Justyna Smoguła)

I wracamy na piętro. Na piętrze - poza Dorigami i Lego - w drugim skrzydle budynku mieliśmy solidny Media Room, a tam na przykład naszego drogiego Klakiera z trzema pokojami pełnymi konsol, i Karola z pokojem pełnym turnieju w Hearthstone’a, i tuż obok Szczecinecki Klub Fantastyki z pokojem pełnym innych konsol, którzy byli kochani i pożyczyli nam telewizory, i mieli naprawdę obłędnego PSa z VRami (testowałam jak sprzątałam, 10/10 :D), a w ubiegłą sobotę robili u siebie Gryfcon, mam nadzieję, że im się udało. <3 

Konsole jak zawsze cieszyły się szaloną popularnością, non stop ktoś tam w coś grał, co zupełnie nie powinno nikogo dziwić, bo rozstrzał i platform, i tytułów do wyboru był naprawdę spory i każdy mógł znaleźć coś dla siebie, nawet jeśli nie zna się na tym tak bardzo jak ja. 

Jeśli dobrze pamiętam, to tu się na przykład można było ponaparzać w jakieś Naruto. (fot. Justyna Smoguła)

Hearthstony takie śmieszne. :D (fot. Justyna Smoguła)

Nie no, to wcale nie było śmieszne, to był poważny turniej z poważnymi nagrodami do wygrania! (miałam nawet gdzieś ich zdjęcie, tylko znaleźć nie mogę, a takie były ładne, sama projektowałam ;_;) (fot. Justyna Smoguła)

Niektóre gry lepiej wyglądają na pękatych telewizorach, potwierdzone info. (fot. Justyna Smoguła) 
A skoro już wspomniałam o Klakierze, to nie mogę nie docenić, że pół konwentu przelatał w cosplayu Deadpoola cosplayującego rycerza Jedi, więc musiało mu być cieplutko; ale za to dzięki temu przebraniu mógł pozować do zdjęć z ładnymi laseczkami i bezkarnie zaglądać im przy tym w biusty.

(co pewnie robiłby, nawet nie będąc Deadpoolem.) 

(w ogóle znalazł się tam w końcu składzik na seksy? bo mam wrażenie, że przegapiłam jakąś istotną atrakcję. :D)

Tak, o tym właśnie mówiłam. (fot. Justyna Smoguła)
Właściwie to powinien być cosplay Deadpoola cosplayującego Pedobeara. (fot. Justyna Smoguła)
Albo cosplay Deadpoola cosplayującego... zresztą, nieważne, chodźmy stąd, nie przeszkadzajmy im... (fot. Justyna Smoguła)
Kawałek dalej od Media Skrzydła mieścił się pokój LARPowy animowany przez Anię, w którym na pewno działy się jakieś atrakcyjne rzeczy, dostępne jedynie tym nielicznym, którzy na LARP zdążyli się zapisać, a więc mnie na przykład nie; ale słyszałam, że jeden LARP odbywał się w świecie Harry’ego Pottera, więc na pewno był fajny, a drugi, jeśli dobrze pamiętam z wytycznych, zakładał wyciemnione pomieszczenie i udział sześciu osób, z których dwie miały być lesbijkami - także możecie wyobrazić sobie tę kolejkę do zapisów. :D

Natomiast po godzinie 15 pokój LARPowy przeobraził się w pokój kryminalnych, gdyż swoje pokazy rozpoczynała tam pilska Szkoła Policji. A mieli do pokazania na przykład naprawdę fajne robaki w pudełkach po sushi. Wiem bo widziałam, jak się rozkładali, kiedy przyniosłam im skrypt Gry (ponieważ optymistycznie i bez żadnych uprzednich konsultacji założyliśmy, że Szkoła Policji będzie w Grze jedną z lokacji i ten fakt na pewno nie przysporzy jej reprezentantom żadnego problemu, tak, to było bardzo bezmyślne z naszej strony, wiemy, przepraszamy, więcej tak nie będziemy).

W każdym razie pokazy trwały od 15 do 18, z piętnastominutowymi przerwami pomiędzy, więc oczywiście nie udało mi się trafić na żaden, ale robaki widziałam, były naprawdę fajne.

A kawałek dalej mieliśmy objazdową & odjazdową czytelnię komiksów NOVA, która przyjechała do nas z Poznania i oferowała wygodne leżaczki i całe mnóstwo tytułów do przeglądania, a przede wszystkim ciszę i spokój, czyli towar deficytowy na tego typu imprezach. 

I oczywiście, że tam też nie byłam, bo nie miałam czasu na ciszę i spokój, bo musiałam latać, a jak nie latałam, to pilnowałam wypożyczalni. :D

A takie fajne leżaczki tam stały... (fot. Justyna Smoguła)

Kurczę, już któryś raz widzę tego gościa całego na biało i ciągle zastanawiam się, co to za postać. Tata Muminka? (fot. Justyna Smoguła)
Tymczasem na zewnątrz mieliśmy całą wioskę średniowieczno-rycerską zorganizowaną przez wałeckie Bractwo Rycerzy Bezimiennych, którzy rozstawili się na zewnątrz z prawdziwymi średniowiecznymi namiotami, z prawdziwymi średniowiecznymi itemkami i formami aktywności, i w prawdziwych średniowiecznych strojach, i nawet się tam bili czasem, ze zbrojami, mieczami i tarczami, co było totalnie osom.

Bractwo miało też osom stoiska. Bliżej zapoznałam się z nimi niestety dopiero w niedzielę właśnie, kiedy już połowa ekipy się rozjechała, ale namioty stały tak samo i zawartość też była taka sama. Były figurki strugane z drewna, była jakaś dziwna gra planszowa, trochę jak chińczyk a trochę jak fasolki, były zbroje i bronie, były płytki z runami, była biżuteria z drewna i kości, była kasza gotowana w kociołku na ogniu, no a przede wszystkim - można było strzelać z łuku! Tak, strzeliłam sobie z łuku, cały jeden raz, i nawet od razu trafiłam w tarczę, było świetnie i teraz totalnie chcę być łucznikiem, od zawsze to wiedziałam, łuk był zawsze moją ulubioną bronią w grach! :D

Justyna oczywiście uchwyciła kolejny przełomowy moment w moim życiu. :D Btw, ten bajeczny warkocz uplotła mi Stopcia w niedzielę rano, po całkowicie nieprzespanej nocy, proszę docenić w komentarzach! (fot. Justyna Smoguła)
"O nie, znowu bawią się w tłumienie kontrowersyjnych demonstracji." (fot. Justyna Smoguła)

Ten pan chyba coś wie na temat tłumienia kontrowersyjnych demonstracji. (oraz: w tle mistrz trzeciego planu!) (fot. Justyna Smoguła)

Takie ładne namioty mieli, i podobno w nich nawet spali! (fot. Justyna Smoguła)

No i czy to nie jest świetne, że takie rzeczy przywieźli, mujeju. <3 (fot. Justyna Smoguła)

Jeszcze świetniejszy jest fakt, że część rzeczy wyrabiali sobie na bieżąco na miejscu. (fot. Justyna Smoguła)

- Dziś wyhaftuję sobie zawilce na gorsecie.
- Zią... nosisz gorset?
- Nie mówię że noszę, tylko że haftuję, naucz się słuchać.
(fot. Justyna Smoguła)

A tu odbywało się struganie run z kości. Zakup odpowiedniego zestawu znaków mógł zagwarantować pokój, radość, szczęście, a nawet ochronę komputera przed wirusami, bo nawet starożytne runy potrafią dostosować się do współczesnych potrzeb ludzkości. (fot. Justyna Smoguła)

Szczały też były wyrabiane własnoręcznie i też były śliczne. (fot. Justyna Smoguła)

- Tam celuj, w tę laskę z aparatem! (fot. Justyna Smoguła)
To nie puszczanie bąka, to średniowieczna sztuka wyrabiania drewnianych zabawek. (fot. Justyna Smoguła)
A z nikczemnikami i łotrami radziliśmy sobie tak. (fot. Weronika Ignaciuk, Głos Wielkopolski)
W ogóle całe Bractwo było osom, nie dość że fajne z nich chłopaki i dziewczyny, to jeszcze robili sztuczny, radosny tłum wszędzie, gdzie się znaleźli, w nocnym Games Roomie na przykład. Nie, żebyśmy tam potrzebowali większego tłumu, no ale i tak fajnie. (tak, Games Room był czynny prawie całą noc, wyobraźcie sobie, jak bardzo nie mogłam spokojnie spać, i to nie dlatego, że coś złego się tam działo albo że ktoś tam nie dawał rady z obsługą, tylko z powodu samego faktu, że czynne jest coś, za co jestem choć troszkę odpowiedzialna i mnie tam nie ma; chociaż i tak kładłam się spać dopiero jakoś przed piątą, kiedy już naprawdę nikt żyw nie został, więc właściwie nie było dramatu)

W każdym razie słyszałam, że na początku Bractwo wcale nie chciało do nas przyjechać, mieli przysłać nam najwyżej pięć osób, ale jak usłyszeli, że chodzi o pełnoprawny Pilkonwent, to z pięciu nagle samo zrobiło się piętnaście. :D

Z tego co zaobserwowałam, lwia część Bractwa to młode chłopaki, ale byli też i trochę starsi metryką, i kobietki, i taki jeden intrygujący dziadek, który wyglądał jak krasnolud i na którego co chwilę się natykałam, latając w sprawach rozmaitych tu i ówdzie, i zawsze jak się na niego natykałam, to wymienialiśmy spojrzenia i uśmiechy, i za każdym kolejnym razem było coraz dziwniej, aż ostatecznie w niedzielę, kiedy już cała impreza dobiegła końca, natknęliśmy się na siebie przy stoliku jadłodajni, i w końcu się oficjalnie przywitaliśmy, i pocałował mnie w rękę, i powiedział że żałuje, że nie zdążyliśmy się bliżej poznać, a ja odpowiedziałam zupełnie lekkim tonem, że no cóż, może w przyszłym roku, i się ostatecznie rozstaliśmy, i byłam bliska srogiego skiśnięcia. Czy ktoś mi wyjaśni, dlaczego nie mogę przeżywać takich niewinnie romantycznych przygód z facetami z mojej grupy wiekowej?!

Wspominałam, że rycerze się bili? (fot. Justyna Smoguła)
Bo bili się straszliwie. Ciekawe o co im poszło. (fot. Justyna Smoguła)
Dobra, to zdjęcie rzuca trochę światła na tę kwestię. :D (fot. Justyna Smoguła)


- IN YO FACE! (fot. Justyna Smoguła)
- Uznaję swoją porażkę. Kończ waść, wstydu oszczędź.
- Zenek, weź się nie wygłupiaj.
(fot. Justyna Smoguła)

Nie wstanę! Tak będę... wisiał? (fot. Justyna Smoguła)
Mieliśmy również własnych, rdzennie pilskich szermierzy. (fot. Justyna Smoguła)

Wyraźnie czuli się wśród rycerzy jak w domu. (fot. Justyna Smoguła)
Wild szermierz appears, rycerz is not impressed.  (fot. Miasto Piła)

OESU CO TERAZ (fot. Justyna Smoguła)

- Kupą, panowie, kupy nikt nie ruszy! (fot. Justyna Smoguła)

- Ej, przez wasze hełmy też tak nic nie widać?
- Cicho, teraz będzie szarża na niewiernych!
(fot. Justyna Smoguła)

- URRRA... ale czemu nikt nie ucieka? (fot. Justyna Smoguła)

Para z prawej: friendship is magic
Para z lewej: true romance
Para pośrodku: close enough
Ziomek z lewej: hello darkness my old friend
(fot. Justyna Smoguła)
Na zewnątrz mieliśmy również scenę, na której nie zaplanowaliśmy zbyt wiele, ale dzięki temu każdy chętny mógł z niej w razie potrzeby skorzystać; i dzięki temu Grę tam ładnie rozpoczęliśmy, i wyniki konkursu literackiego tam ogłaszałam, no i koncert też na niej był, o którym zaraz Wam opowiem. Przede wszystkim jednak tańczyły sobie na niej dziewczyny od K-popu, prowadząc zupełnie luźne warsztaty skakania w rytm koreańskiej muzyki popularnej i wyraźnie przednio się bawiły.

I mieliśmy na zewnątrz również wioskę piwną i foodtrucki, w tym przefantastyczną Manufakturkę Smaku. I całe szczęście, że ich mieliśmy, bo umarłabym już na pewno, gdyby pani z Manufakturki nie krzyczała na mnie, że mam natychmiast przestać robić rzeczy i zjeść naleśnika, i ja wtedy jadłam naleśnika, i tylko dlatego jeszcze żyję, bo naprawdę w trakcie Pilkonu zapominałam jeść i pić, czy raczej nie miałam na to czasu, bo co zamierzałam chapnąć choćby głupie jabłko, to ktoś podchodził i coś chciał. 

Takie K-popy. (fot. Justyna Smoguła)

*tany tany* (fot. Justyna Smoguła)
 I to ciągle nie wszystko, bo przecież w trakcie konwentu cały czas odbywały się prelekcje (znów nie byłam na żadnej prelekcji, damn it), a wśród prelegentów był nawet Mariusz Czubaj, tak, ten sławny autor sławnych kryminałów (i nagle obecność Szkoły Policji na konwencie fantastyki nabrała sensu, nie? :D). 

Mieliśmy także noclegownię - znaczy, kawałek podłogi z wykładziną kilka pustych sal przeznaczonych na spanie na glebie. Ale ludziom się podobało, mieli karimaty, śpiworki i byli grzeczni, wiem, bo też tam nocowałam (co prawda, jak już wspomniałam, kiedy się kładłam była prawie piąta rano, więc ciężko nazwać to noclegiem, no ale). 

No i mieliśmy fotobudkę imitującą plansze komiksowe, taką naprawdę byczą, no i mieliśmy pełnowymiarową TARDIS, która świeciła i w ogóle, i miała tajną skrytkę na potrzeby Gry Pilkonowej, i opustoszały stół alchemiczny, też świecący i też na potrzeby Gry, ale rolę dekoracyjną również pełnił bez zarzutu - i teraz już chyba naprawdę wszystko.

Nie zgadniecie, kto wypisał te wszystkie suche teksty w dymkach. (fot. Miasto Piła) 
TARDIS nie tylko została stworzona w skali 1:1 i pomalowana farbą o oficjalnym parametrze, ale w dodatku miała działający zamek i jak się w nim przekręciło kluczyk, to otwierały się tajemne drzwiczki. Aha, no i całość waży jakieś pół tony, więc jak ją chłopaki postawili, tak stoi w tym miejscu po dziś dzień. (fot. Miasto Piła)
Stół też był osom, zwłaszcza że musieliśmy na potrzeby questa z Gry zachlapać go krwią. (a była to krew zrobiona z syropu malinowego i kakałka, pachniała wspaniale, smakowała beznadziejnie, a w dodatku wszystkie wonie Arabii nie domyją jej z mojej książki o nalewkach i wszystkich innych rzeczy, które w tym syfie leżały). (fot. Justyna Smoguła)

Poza tym stół świecił - naprawdę! - niektóre butelki z eliksirami były podświetlone i w ciemnościach wyglądały przekozacko, a inne tylko sobie stały lub wisiały - jeśli zawierały płyny, lub nawet leżały - jeśli zawierały brokaty... ej, co się stało z moimi butelkami z brokatami?! (mam nadzieję, że ten, kto je sprzątnął i pewnie zabrał do domu, narobił sobie syfu na chacie, bo te butelki miały luźne korki i w każdej chwili mogły się malowniczo wysypać. :D) (fot. Justyna Smoguła)
Czymże jednak jest wyliczanie tych wszystkich atrakcji, które mieliśmy w programie i poza programem, w obliczu tego co przeżyłam jako uczestnik, a co tak naprawdę czyni Pilkon wartym zapamiętania - czyli pomniejszych impresji wychwytywanych w czasie imprezy, na wspomnienie których robi mi się miękko i ciepło.

Na przykład, ktoś przyniósł na konwent takie śliczne maleństwo! Chciałyśmy je ukraść, ale tata pilnował. :< (fot. Justyna Smoguła)

Stoję sobie w wypożyczalni jak przystało na NPCa, a tu podbija szermierz Enderman Paweł z kolegą po fachu, obydwaj objuczeni bagażami rozmaitych gabarytów.

- Możemy u ciebie zostawić jeden plecak? - zapytał Paweł chytrze.

Spojrzałam na swoje stanowisko za ladą. Leżały tam już trzy laptopy, rekwizyty i skrypty do Gry Pilkonowej, rozgrzebane rozstrzygnięcie konkursu, podziękowania, pakiet na pokrzepienie wolontariusza (rogalik, woda, jabłuszko i wafelek), konsoleta do sterowania dźwiękiem na całym obiekcie, gry planszowe osób prywatnych, gry planszowe będące nagrodami w konkursach, gitara, ukulele i jeszcze kilka drobiazgów nieznanego przeznaczenia.

Przysięgałam sobie, że w tym roku wypożyczalnia nie będzie robić za szatnię.

Enderman Paweł na mnie paczył.

- No możecie - rzekłam, wykazując się przykładną asertywnością i żelazną konsekwencją.

- Super, to zostawiamy to - podrzucił mi plecak. - I jeszcze to - podrzucił mi drugi plecak, - i te rzeczy - podrzucił mi wyrąbisty skórzany pokrowiec, - w środku są miecze i sztylety, możesz się pobawić, i jeszcze ta torba, i w sumie aparat niech też tu zostanie.

- QRWA - powiedziałam, ale w środeczku, bo na zewnątrz jestem całkiem miła, więc tak naprawdę powiedziałam:

- Okej.

No i oczywiście wypożyczalnia przez resztę konwentu robiła za szatnię, nie wiem czego się spodziewałam. 

Tymczasem moja koleżanka po konwentowym fachu, która obsługiwała sklep z planszówkami należący również do Chaos Games, czyli do ukochanego zastępcy Księcia, kolejny raz pod rząd miała stoisko mieszczące się w szatni. Takiej prawdziwej, z numerkami.

- A może zapytaj w sklepie, tam? - zaproponowałam desperacko, kiedy dziesiąta osoba z grona pilkonowych krewnych i znajomych chciała zostawić swoje rzeczy w wypożyczalni. - Tam chyba jest też szatnia.

Dziesiąta osoba podążyła we wskazanym kierunku i nie wróciła. Przyszła jedenasta.

- Mogę zostawić tu statyw do aparatu?

- A nie lepiej by ci było zostawić go tam w sklepie? - zapytałam z nadzieją.

- No właśnie tam pytałem, ale odesłali mnie tutaj.

NO QRWA

- Okej, możesz.

NO DŻIZAS QRWA JPRDL

Chłopie, głaszczesz nie to co trzeba, kot to jest to czarne za Tymbarkiem. W ogóle czy to przypadkiem nie jest ta ekipa śmieszków, która na każdej naszej imprezie przychodzi do wypożyczalni planszówek i pyta o Monopoly?  (fot. Justyna Smoguła)
Powyższe zdjęcie przypomniało mi, że totalnie powinnam opowiedzieć o ekipie śmieszków, która zawsze pyta o Monopoly.

Kiedy pierwszy raz obsługiwałam wypożyczalnię planszówek - czyli chyba na pierwszym Pilkonie - podbiła do lady taka właśnie ekipa. No i się rozglądała, i przeglądała pudełka, i niby grała już w różne rzeczy, no ale teraz nie wiedziała, czego chce; aż w końcu jeden ziomek zapytał kolegów poważnie:

- Ej, to może Monopoly?

- No ludzie, mamy tu jakieś dwieście gier i wszystkie są lepsze niż Monopoly - wtrąciłam się zgorszona, bo przyjść na konwent i grać w Monopoly to jak zamówić najlepszy zestaw w McDonaldzie tylko po to, żeby dostać male frytki (które do tego okazałyby się zimne i niedopieczone).

A poza tym nie mieliśmy Monopoly w wypożyczalni.

- Hurr durr, pani się nie zna, Monopoly to klasyka!

Pośmieszkowaliśmy trochę i ostatecznie wybrali jednak coś innego, więc mission accomplished, uratowałam zagubione dusze przed najsłabszym wyborem ever.

Parę miesięcy później, na Giermanii, do mojej lady podbiła ekipa śmieszków i znowu nie wiedziala, co wybrać.

- A jest Monopoly? - spytał jeden.

TO ONI.

- No gdzie Monopoly, chłopie, że też wstydu nie masz pytać o takie rzeczy!

Ekipa śmieszków smutnęła teatralnie. Najwyraźniej mieli nadzieję, że faktycznie wypożyczę im to, czego chcieli. No ale przecież nie od tego jestem w wypożyczalni, żeby wypożyczać to czego ludzie chcą słabe gry (których zresztą i tak w wypożyczalni nie ma).

Za każdym razem, kiedy przychodzili wymienić grę, któryś z dowcipnisiów wyrażał nadzieję na Monopoly, i za każdym razem trochę urywał mi tym od cierpliwości.

Parę miesięcy później, na drugiej Giermanii, do mojej lady podbiła ekipa śmieszków.

TO ZNOWU ONI.

- Nie mamy Monopoly! - zapowiedziałam od razu.

- Kurczę! - westchnął jeden ze śmieszków, wyraźnie rozczarowany. Co nie przeszkodziło mu przy kolejnej wizycie w wypożyczalni zapytać o Monopoly po raz fafnasty.

- Jak jeszcze raz zapytacie mnie o Monopoly, to nie ręczę za siebie.

I parę miesięcy później, na drugim Pilkonie...

- Jest Monopoly?

- NIE MA I NIE BĘDZIE! - ryknęłam.

- To może chociaż Chińczyk?

Wstałam. Wybiegłam zza lady. Zawróciłam za ladę. Złapałam ukulele. Raz jeszcze wybiegłam zza lady i rozpoczęłam szarżę na rozbiegające się w popłochu śmieszki, które umknęły slalomem między stolikami Games Roomu, krzycząc dramatycznie:

- Aaaaa, Ukulele Śmierci!

A to jest Adam, koteł zamieszkujący przybytek, w którym w tym roku konwent się odbywał, czyli pilski UAM. (fot. Justyna Smoguła)
Kolejna historia: w trakcie Pilkonu okazało się, że mamy pewien problem z gadżetami - zrobiliśmy wszystkiego za mało. Pilkoszulki, wykonane z myślą o animatorach i wolontariuszach, wzbudzały powszechny zachwyt i pożądanie do tego stopnia, że ludzie chcieli płacić za nie grube pieniądze - a my nie mogliśmy ich sprzedać, bo by zabrakło dla tych, którzy jeszcze mieli je dostać. :D Lekki fail, ale no cóż, nie planowaliśmy sprzedaży naszych gadżetów w tym roku, wobec czego szalona chęć ludności na pilkonowe zakupy była dla nas trochę zaskakująca.

Ale organizatorzy poszli po rozum do głowy i wygrzebali skądś trzy dodatkowe koszulki i trochę notesów. I, zamiast sprzedawać, postanowili zrobić z tego spontaniczną rozdawajkę.

- Jeżu, nie - powiedziałam ze zgrozą, kiedy przedstawili mi swój pomysł; oni, czyli Książę, koordynator główny i jego ukochany zastępca od Chaos Games. Dwa główne filary organizacji, dojrzałe i odpowiedzialne, wpadły na genialny pomysł, że będą rzucać koszulkami ze sceny.

- Przecież ludzie się mogą stratować! - powiedziałam z jeszcze większą grozą, przypominając sobie żywe reakcje uczestników konwentu na widok tego wspaniałego towaru deficytowego, jakim było pilkonowe umundurowanie.

- To im powiem, żeby tego nie robili - powiedział ukochany zastępca Księcia ze spokojem kołobrzeskiego falochronu. 

I tak zrobili.

- Jeżu, nieeee - powtórzyłam z rozpaczą, kiedy weszli na scenę i przedstawili swój pomysł zachwyconej, zebranej u ich stóp publiczności. Jakby tego było mało, od razu po tej deklaracji od strony wioski średniowiecznej nadbiegła cała grupa rycerzy spragnionych obiecanych pilkoszulek.

- Tutaj! Nie, tutaj! - hukali, obskakując tłum pod sceną jak grupa wyjątkowo zdesperowanych koszykarzy szykująca się do strzału sezonu pod koszem przeciwnika.

- Tylko się nie pozabijajcie - powiedział dla porządku ukochany zastępca Księcia. I rzucił pierwszą koszulką.

- No, trochę przesadziłeś - skomentował lakonicznie Książę, kiedy koszulka poleciała w ciemność i cholerę, a w ślad za nią pogalopowało stado dzikich chłopów, szarpiąc się i spychając z drogi, aż w końcu dopadli upragnione znalezisko i znów zaczęli się szarpać i wypychać, dopóki najsilniejszy samiec nie wywalczył pierwszeństwa i, po kilku strasznych sekundach, wydarł się z tego kotła, triumfalnie ukazując światu zdobytą pilkoszulkę w wyciągniętej ręce.

- Jeżu, nie - powiedziałam słabo, bo już mi się nawet nie chciało protestować, to wszystko było zbyt straszne.

- Ale teraz rzuć trochę bliżej - poradził Książę swojemu ukochanemu zastępcy, który tymczasem przygotowywał się do kolejnego rozdania, zupełnie nieprzejęty reakcjami tłumu. 

- Dobra, to teraz rzucę trochę bliżej, gotowi?

NIE, kurna, to jest niezgodne z zasadami BHP!

Koszulka poszybowała nad głowy zebranych i spadła w sam środek rozochoconej ciżby pod sceną. Ciżba wciągnęła się do środka w ślad za spadniętym drogocennym gadżetem i zamknęła się na nim niczym rozszalałe morze pochłaniające wrak statku, a kiedy już się rozeszła, ukazała kolejnego szczęśliwca z koszulką, zmachanego jak po walce z całym stadem basiorów; mniej szczęśliwych basiorów, którym nie udało się wywalczyć koszulki; i jednego zupełnie nieszczęśliwego rycerza z wioski, który właśnie dramatycznie dogorywał, leżąc na ziemi.

- No przecież prosiłem, żeby się nie pozabijać, tak? - skarcił ciżbę zastępca Księcia, z wyraźnym wyrzutem w głosie. - Prosiłem!

Cursed image. Tak rzucali... (fot. Marika Naskręt, PP24.info)

... a tak łapali, szczególnie ta zorganizowana grupa rycerzy. Dobrze, że ktoś to udokumentował, bo nie pamiętałam, że włazili sobie na plecy. :D (fot. Marika Naskręt, PP24.info)
Muszę opowiedzieć Wam jeszcze o Krzysiu, trzecim filarze organizacji Pilkonu, ale takim naprawdę dojrzałym i odpowiedzialnym, nie to co główni koordynatorzy. Krzysiu jest cudowny, ponieważ zorganizował dokładnie wszystkie prelekcje, i zgrał przyjazd i pobyt wszystkich prelegentów, i się o nich troszczył, i jeszcze na samym Pilkonie był konfenansjerem-informatorem zachęcającym do udziału w atrakcjach i innych rzeczach, i prowadził spotkania, i robił wywiady, i zawsze pamiętał o wszystkim, o czym nie pamiętał nikt inny. <3

Jednym ze spotkań, które miał poprowadzić, było spotkanie z Mariuszem Czubajem, czyli największą gwiazdą wśród naszych gości. I już przed spotkaniem poczynił spostrzeżenie, że Czubaj robi wrażenie sympatycznego śmieszka, i że na pewno jego prelekcja będzie świetna i się przedłuży.

Była to jedyna prelekcja, na rzecz której zdecydowałam się urwać ze swoich obowiązków, bo uznałam że zasłużyłam sobie na chwilę wolnego, a poza tym gdybym tego nie zrobiła, to bym strasznie żałowała. Dawno temu byłam nieco związana z kryminałem - w sensie literackim, rzecz jasna! - czytać je lubię do tej pory, no i mam też sentyment do tego gatunku, z różnych względów, więc nie mogłam przegapić takiej okazji.

Szłam na to spotkanie z nadzieją na sążnistą, merytoryczną dyskusję na temat kondycji polskiego kryminału i literatury w ogóle, na bogate w konteksty rozważania o fantastyce i popkulturze, i trochę na opowieści z krypty, a przynajmniej na jakąś ciekawą opinię o naszym mieście, bo pilskie elementy można w powieściach pana Czubaja odnaleźć.

Krzysiu miał podobne nadzieje. Był bardzo dobrze przygotowany - to znaczy przeczytał jedną książkę i parę artykułów - i nawet zaczął spotkanie od całkiem merytorycznego, rozbudowanego pytania otwartego skierowanego do autora. Ponieważ pan autor podejmuje w swych powieściach poważne tematy, spodziewaliśmy się poważnych odpowiedzi. Nie doczekaliśmy się.

Pan Czubaj nie tylko odmówił zajęcia przeznaczonego mu miejsca na scenie. Odmówił też korzystania z mikrofonu. Odmówił nawet usiądnięcia, kiedy Krzysiu zareagował na jego pierwszą odmowę i przestawił ich krzesełka bliżej publiczności - pan Czubaj nie usiadł, a ponieważ nie usiadł, Krzysiu również usiąść nie mógł, a wiem, że przez większość konwentu był na nogach i takie spotkanie autorskie prawdopodobnie było dla niego jedną z nielicznych okazji, kiedy nareszcie mógł sobie odpocząć od stania, więc było mi go strasznie szkoda - jednak co najistotniejsze, pan Czubaj odmówił merytorycznej dyskusji. Te kilka pytań, które Krzysiowi udało się zadać, okazywały się zupełnie nie przeszkadzać autorowi w udzielaniu absolutnie dowolnych odpowiedzi; stanowiły jedynie inspirację dla jego iście stand-upowego flowu, który porwał słuchaczy nieposkromionym potokiem improwizacji i dygresji.

A dygresje Czubaja były jak zdziczałe matrioszki. Patrzyłeś na jedną i ledwo co zaczynałeś rozumieć jej egzotyczny, kwiecisty dizajn, a tu ona nagle się otwierała i okazywało się, że w środku jest druga, równie kwiecista. No więc trudno, oswajałeś się z tą drugą, i robiło się fajnie, i nawet zaczynała ci się podobać, a tu nagle hyc! wyskakiwała z niej trzecia. A potem czwarta, i piąta, i o rany, one mogły tak w nieskończoność, serio. 

- Chciałem mu zadać kolejne pytanie, żeby jakoś tę dyskusję poprowadzić - żalił nam się później Krzysiu. - I próbowałem nawiązać z nim kontakt wzrokowy, żeby chociaż złapać jego spojrzenie, żeby móc się jakoś wtrącić, żeby sprecyzować temat, ale się nie dało, no nie dało się!

- No one does simply walk into Piła. (fot. Justyna Smoguła)

No serio, tak właśnie sobie stali przez godzinę. (fot. Justyna Smoguła)
Ostatecznie dowiedzieliśmy się, jakie przygody można przeżyć, jadąc do Krzyża, gdzie najlepiej znaleźć inspirację do pisania wyczesanych scen barowych (na przykład w Misiu, potwierdzone info), jakie są dobre miejsca na ukrycie zwłok i dlaczego sceny erotyczne w polskiej literaturze zawsze są beznadziejne. Ponadto pan Czubaj zdradził nam, że większość pracy pisarza kryminałów to zastanawianie się, gdzie może być trup. I dystansował się od fantastyki jako od gatunku nie muszącego spełniać reguł, których trzymają się kryminały - co robił zupełnie niepotrzebnie, i co Krzysiu chętnie by mu wytłumaczył, i co miałoby szansę przerodzić się w naprawdę ciekawą i angażującą dyskusję, gdyby tylko dał sobie zadać w odpowiednim momencie odpowiednie pytanie. :D

Mimo to, a może właśnie dlatego, spotkanie było przezacne i prześmieszkowe, i minęło jak z bicza trzasł, i nawet nie mogliśmy go przedłużyć, bo zaraz po nim w tej samej sali zaczynało się rozstrzygnięcie konkursu cosplay (zawsze ten cosplay, no oszaleć można).

A tyyyle dużo ludzi brało udział w konkursie cosplay. (fot. Justyna Smoguła)
I tyyyle dużo ludzi oglądało rozstrzygnięcie konkursu. (fot. Justyna Smoguła) 

A to zwycięzcy pierwszej nagrody, którzy scosplayowali... nie wiem, co to, Bard mi mówił, ale nie zapamiętałam, bo padła przy tym nazwa gry, której zupełnie nie znam (chociaż miałam skojarzenie z Magicką, ale to tylko przez pelerynki, kapturki i brak twarzy).  Niezależnie od tego wyglądali niesamowicie, miło było na nich patrzeć, a jeden z nich nawet mnie gonił, żeby wyrazić zachwyt moim skyrimowym naszyjnikiem. :D (fot. Justyna Smoguła)
A jakbyście chcieli zobaczyć wszystkie cosplaye, to Justyna zrobiła całą specjalną sesję zdjęciową konkursowiczów i jurorów, i można ją sobie obejrzeć tutaj.

Tak trochę poza tematem Pilkonu - muszę Wam powiedzieć, że straszliwie lubię odkrywać ukryte muzyczne talenty rozmaitych znajomych, których o takie talenty nikt by ich nie podejrzewał. I to dobry moment, bym opowiedziała trochę więcej o naszym nadwornym Bardzie. Bard ma na imię Kamil i teoretycznie jest animatorem w wypożyczalni, ale w praktyce obija się przez całą imprezę, okazjonalnie tłumacząc ludziom te tytuły gier, w które akurat ma ochotę zagrać. Przez większość czasu zabawia nas hermetycznymi żartami, które nikogo nie śmieszą, ewentualnie zajmuje się wykonywaniem szantów i innych utworów z gatunku poezji śpiewanej przy akompaniamencie gitary.

A ponieważ gra i śpiewa zajebiście, zawsze jestem gotowa wybaczyć mu nieróbstwo, i on o tym dobrze wie, czopek.

Inna kwestia, że takie artystyczne nieróbstwo też jest chwilami potrzebne - i o tym też wie. Więc jak w sobotę po południu powróciłam do bazy po którymś z kolei lataniu tu i ówdzie w sprawach rozmaitych i usiadłam za ladą koło Kamila, nawet nie musiałam nic mówić, a on po prostu zaczął recital. I czasem jedynie sobie słuchałam, a czasem przyłączałam się z ukulele, i miałam wrażenie, że nawet dobrze nam razem idzie, choć grajek ze mnie nieszczególny, a od Kamila się nie dowiem, czy było dobrze, bo on nigdy nie komentuje w żaden sposób niczego, co robię. Nie dlatego, że jest taki taktowny, tylko dlatego że ma to gdzieś.

I tak odreagowywałam stresy - albo grajkując z naszym Bardem, albo słuchając, jak Bard grajkuje, wraz z wianuszkiem wolontariuszek z wypożyczalni, zachwyconych jego śpiewaniem równie mocno, co ja.

W ogóle Kamil cosplayował coś jakby Plague Doctora - nie jestem pewna, jaki jest polski odpowiednik tego terminu - i razem z Camelem, kolegą z wypożyczalni, planowali nocnego LARPa z miotaczem ognia i ukrywaniem zwłok w piwnicy. Na szczęście UAM nie ma piwnicy, więc skończyło się na barwnych opowieściach. (proszę nie wyprowadzać mnie z błędu, jeśli jednak jest inaczej!) (fot. Justyna Smoguła)
Pewnego razu za ladą wypożyczalni zmaterializował się nasz prawnik i rozsiadł się obok mnie, zupełnie jakby był u siebie. (tak, mamy prawnika i nie zawahamy się go użyć, jak Wam rozpisze regulamin, to się nie pozbieracie)

Nie wiem, kiedy to się stało, ale w jakiś sposób na przestrzeni czasu i z biegiem poprzednich imprez utarło się, że wypożyczalnia to taki checkpoint dla pilkonowej ekipy. Tu zawsze można sobie wejść za ladę, usiąść i odpocząć; takie jakby zaplecze, trochę na uboczu, a jednak na widoku, swoisty Pilkącik relaksu, z którego można wyprysnąć z powrotem do roboty równie szybko i znienacka, co się w niego wskoczyło.

No więc rozsiadł się obok mnie nasz prawnik i tak sobie siedzimy w zgodnej komitywie, milczący miłośnicy prawa i porządku.

I wtedy on sięgnął po gitarę i zaczął brzdąkać. I brzdąkał, kurna, prześlicznie i zupełnie mimochodem, wprowadzając mnie w stan głębokiego zdumienia, bo nigdy się nikomu z nas nie chwalił, że umie grać na gitarze. Z drugiej strony, podczas pilkonowych spotkań mieliśmy nieco ważniejsze rzeczy do omawiania niż nasze ukryte talenty, więc może to dlatego.

W każdym razie przy tej okazji pogadaliśmy, i o graniu na gitarze, i na ukulele, i pokazałam mu ukulele, i sobie spróbował, i powiedział, że zaraz się nauczy, i rzeczywiście jakiś czas później można go było zobaczyć przechadzającego się po konwencie z innym ukulele, słodkim i różowym (które zarąbał Oli cosplayującej Lapis Lazuli ze Steven Universe), już całkiem nieźle grającego i zupełnie wniebowziętego. No po prostu hulaj dusza, Elvis żyje. Na tym etapie zdążyłam otrząsnąć się z pierwotnego zdumienia i byłam już tylko ciekawa, czy śpiewa równie dobrze, co gra.

I wiecie co? Śpiewa równie dobrze, co gra, a nawet chyba lepiej! A próbka jego wokalu, czyli brawurowy wykon Highway to Hell, znajduje się na pilkonowym fejsbuku, o tutaj, i zaraz Wam opowiem, z jakich jeszcze powodów ten filmik jest tak szczególny. :D

Krzysiu daje okejkę, robiąc za zdjęcie zastępcze. Bo wiecie, mam jakieś pińćset zdjęć z Pilkonu, z różnych aparatów i źródeł, i naszego drogiego prawnika nie ma na ani jednym, to jest po prostu niewiarygodne, jak można się tak dobrze maskować. (fot. Justyna Smoguła)
EDIT: Jednak się znalazł! Paczcie jaki dumny! :D (przy okazji, polecam uwadze leżące na stole trofeum, sama je tam przytargałam i naprawdę straszna szkoda, że jednak nie mieliśmy wolnego gwoździa w ścianie, bo trochę się marnowało, leżąc w punkcie informacyjnym) (fot. Marika Naskręt, PP24.info)
Po kolejnym przelocie całego konwentu w sprawunkach różniastych zlądowałam w wypożyczalni akurat w momencie, kiedy przyszła nocna zmiana wolontariuszy.

W tym momencie bardzo chciałabym pochwalić sobotnich wolontariuszy, dzięki którym wypożyczalnia mogła w ogóle funkcjonować, i funkcjonowała bardzo sprawnie, bo ekipa była niesamowicie kochana i ogarnięta, i swym ogarnięciem dała mi możliwość swobodnego załatwiania innych rzeczy i nie martwienia się, że coś się tam wydarzy, bo tak dobrze sobie radzili! Pozdrawiam cieplutko dziewczęta ze zmiany dziennej i ekipę mieszaną ze zmiany nocnej, w której zresztą znalazła się nieoczekiwanie moja sąsiadka, nie ma to jak iść na konwent i poznać człowieka, który mieszka cztery domy dalej. I pozdrawiam Camela, który dzielnie wypożyczalnię ogarniał, gdy wolontariuszy zabrakło, i biedną małą Lenkę, dla której wujek, ten cały właściciel tego całego Chaos Games, nie miał litości i kazał jej pomagać nam w momencie tego największego zapierdzielu. :D

W każdym razie właśnie po tym zapierdzielu, kiedy ludzie trochę się rozeszli, pozostawiłam na chwilę Camela samego, zrobilam przelot, zlądowałam, przywitałam nocną zmianę... a w nocnej zmianie znalazł się kolejny talent gitarowy, który z miejsca rozpoczął własny recital!

Myślałam, że umrę ze szczęścia. Myliłam się - umrzeć ze szczęścia przyszło mi jakiś czas później. Bo na dwudziestą na scenie na zewnątrz przewidziany był koncert zespołu Żmij.

Rzeczony koncert poprzedziło nie tylko rozrzucanie koszulek, o którym wspominałam, ale jeszcze spontaniczny wykon Let the bodies hit the floor w wydaniu, a jakże, chłopaków z wioski średniowiecznej. (fot. Justyna Smoguła)
Znacie Żmija? Jasne że nie znacie, wydali dopiero jedną epkę, a po jutubach rozrzucone są jedynie ich pojedyncze utwory. Dlatego ten koncert był tym cenniejszy, że dawał możliwość zapoznania się z większym przekrojem ich twórczości za jednym zamachem. I było nam, organizatorom, straszliwie przykro, że na ten koncert prawie nikt nie podszedł pod scenę. Znaczy, na pewno sporo ludzi słuchało, tylko że siedzieli a to w piwnym ogródku, a to przy foodtruckach, a to na ławeczkach opodal, a to w wiosce Rycerzy Bezimiennych, a to w środku, w Games Roomie, który był pełen jak zawsze - no i koniec końców pod samą sceną były jakieś trzy osoby. 

A koncert był prześwietny. Folkowe brzmienie z rockowym pazurem, przemyślane kompozycje przy spontanicznym wykonie i do tego teksty inspirowane słowiańską mitologią, czyli wszystko, czego mogliśmy sobie życzyć na koncercie konwentowym; a poza tym świetni z nich ludzie, widać, słychać i czuć, że muzyka sprawia im autentyczną radochę, i to taką radochę, która udziela się słuchaczom.

To tak naprawdę powinien być ten moment, kiedy umieram ze szczęścia. Ale jeszcze nie był.

A Żmij wygląda tak. (fot. Justyna Smoguła)

Przynajmniej mamy pewność, że lider zespołu bawił się świetnie. :D (fot. Justyna Smoguła)
Ze względu na wspomnianą penisową frekwencję koncert trwał jakieś czterdzieści minut, no i niestety zakończył się bez bisu. Organizatorzy na ten widok obiecali ubiczować się porem, klęcząc na grochu w ramach pokuty za takie pokpienie sprawy. Serio, przez resztę nocy pluliśmy sobie w brodę, że nie zaplanowaliśmy występu Żmija bezpośrednio po rozstrzygnięciu konkursu na cosplay, najlepiej zrobionego na tej samej scenie, bo wtedy na bank byłaby lepsza frekwencja. Zespół natomiast zupełnie się nie przejął i zapewniał nas, że nic się nie stało, bywało gorzej, czasem jeździli na drugi koniec Polski, żeby zagrać w pustym barze, także spoko. 

Wcale nie czuliśmy się dzięki temu lepiej.

No ale cóż - koncert się skończył, zdobyłam płytę z autografem i uskrzydlona grzecznie powróciłam na swoje stanowisko do wypożyczalni, gdzie kolejny recital dawał Bard Kamil, mający w dużym poważaniu wspaniałe wydarzenia muzyczne odbywające się w międzyczasie. Ponieważ z wypożyczalni korzystały o tej porze jakieś pojedyncze osoby, nie miałam nic lepszego do roboty, niż słuchanie cudzego grania, względnie przyłączanie się z ukulele. I tak się relaksowaliśmy, aż przyszedł Filip.

- Żmij właśnie daje koncert po koncercie - zakomunikował, wskazując na zewnątrz.

I tak szybko, jak wskazał, tak szybko tam pofrunęłam i równie szybko przysiadłam się do zespołu, wzbudzając powszechną wesołość swoim pośpiechem. :D

No ale jak tu się nie spieszyć, kiedy grupa utalentowanych ludzi urządza sobie muzyczny afterek podczas twojego konwentu i właśnie na luzaku rozgrywa największe hity klasycznego rocka przy pomocy ukulele, bębenka i jakiejś jedynej w swoim rodzaju gitary o nieprawdopodobnej liczbie strun? To chyba oczywiste, że nie chciałam przegapić ani minuty tak jakościowo spędzanego czasu! (i akurat jak przyleciałam, grali What's up 4 Non Blondes, serio) (wtedy też powinnam umrzeć ze szczęścia, ale jeszcze nie)

Wodzirejem oczywiście był lider Żmija, Jakub Zielina, któremu całkiem naturalnie przychodziło kradnięcie całego szoł, i którego ukulelowa aranżacja i wokal były motywami wiodącymi w prezentowanych podczas afterku utworach. Szybko więc zebrali się wokół pozostali amatorzy muzyki - bębniarz ze Żmija przytargał swój instrument, jakiś nasz ziomek - albo wolontariusz, albo od Rycerzy Bezimiennych, albo jeszcze ktoś inny - przejął tę nieprawdopodobną gitarę i radził sobie z nią nawet zacnie…

No a potem na Highway to Hell przyszedł nasz prawnik, i właśnie wtedy się okazało, że umie śpiewać, i to był szczególny moment, bo wokal Jakuba nagle trochę stracił na blasku na rzecz pilkonowego Elvisa. I tak mniej więcej w tym momencie umarłam ze szczęścia. :D

Żmij afterkował jeszcze dłuższą chwilę, a następnie, zachęcony przez Księcia i jego ukochanego zastępcę, wziął udział w integracji z zespołem pilkonowym przy pomocy wysokooprocentowanych inwestycji w płyny. W tym niestety nie mogłam już uczestniczyć, bo po pierwsze - na imprezach zawsze przydają się osoby całkowicie trzeźwe, a po drugie - miałam konkurs literacki do rozstrzygnięcia!

Nie mam żadnych nocnych zdjęć z zewnętrza,  i straszna szkoda, bo to właśnie wspominam najlepiej; ale tak na przykład wyglądali ludzie w nocnym Games Roomie - zupełnie niezmordowani. (fot. Justyna Smoguła)
Moment rozstrzygnięcia konkursu literackiego intencjonalnie odwlekałam tak bardzo, jak się dało, bo zupełnie nie mogłam zdecydować, które prace zasługują na podium i w jakiej kolejności. Na szczęście miałam do pomocy dzielne jury sztuk trzy, które zgodziło się mnie wesprzeć i raz jeszcze pochylić się nad wszystkimi nadesłanymi utworami; w środku nocy, przy lekkim afterku ze Żmijem, siedząc sobie na opróżnionej po koncercie scenie. Przedyskutowaliśmy solidnie wszystkie opowiadania, rozważyliśmy ich wady i zalety, zgodnie wytypowaliśmy faworytów i… mimo wszystko zupełnie nie mogliśmy dojść do porozumienia, w jakiej kolejności przyznać miejsca. Dlatego po długiej i emocjonującej debacie doszliśmy do wniosku, że musimy zrobić aż pięć nagród, a nie cztery, jak planowaliśmy, bo takie to wszystko było dobre, a poza tym postanowiliśmy wyróżnić publikacją jeszcze kilka innych prac, które miały to coś, co sprawiło że dobrze się je czytało. A po jeszcze dłuższej debacie, mając na uwadze wszystko, co na dobry utwór literacki się składa, ustaliliśmy w końcu jednomyślnie, komu co się należy. Wszystkie wyróżnione utwory są do przeczytania tutaj, warto sobie zerknąć, bo są osom.

Z chęcią bym w jakiś sposób nagrodziła wszystkich. Naprawdę, w życiu bym nie pomyślała, że na tak niewiele zgłoszeń tak wiele wywrze na nas tak ogromne wrażenie i niesamowicie się cieszę, że tylu utalentowanych ludzi zechciało się z nami podzielić swoją twórczością, to jest takie kochane! <3 

Niestety konkursy polegają nie tylko na tym, że można cieszyć się do woli dobrymi cudzymi utworami, ale na koniec trzeba jeszcze wytypować te najlepsze. I to właśnie robiliśmy, do drugiej w nocy, leżąc sobie na scenie pod gwiazdami.

No dobra, nie leżeliśmy, bo piździło zimnem, i nie było gwiazd, bo pogoda właśnie zaczynała się psuć, ale księżyc w którejś kwadrze było trochę zza chmur widać, więc nastrój mieliśmy mimo wszystko odpowiedni.

Btw, przez cały konwent gdzieś tam w tle cały czas przechadzał się szwadron żołnierzy, bo czemu nie. (fot. Weronika Ignaciuk, Głos Wielkopolski)
W ogóle pogoda, ludzie, pogoda nam dopisała, jedyne dwa dni w ciągu ostatnich tygodni, w które nie padało prawie wcale i było nawet ciepło! Bo nie wiem, czy wiecie, ale absolutnym hitem tego sezonu i wszystkich organizacyjnych pilkonowych spotkań było pytanie:

- A jak będzie padać?

Spora część naszych atrakcji była zaplanowana na plener - i scena taneczno-koncertowa, i wioska średniowieczna, i foodtrucki, i wioska piwna. Jeśli będzie padać, to ludzie nie będą chcieli moknąć i ta część konwentu prawdopodobnie opustoszeje. Foodtrucki będą smutne, Rycerze Bezimienni będą smutni, Wyspiarz będzie smutny i smutni będą ci wszyscy ludzie, którzy mieli występować na scenie. Cóż jednak mogliśmy zrobić poza ukryciem sceny pod daszkiem i rozłożeniem barowych parasoli przy stolikach?

Mieć nadzieję, że nie będzie padać. :D

Więc wznosiliśmy modły, i składaliśmy ofiary, i dzwoniliśmy do Putina - no i zadziałało, i nie padało, fak je, to się nazywa dobra organizacja!

Tak naprawdę mieliśmy po prostu świadomość, że z pogodą walczyć się nie da, można jedynie przygotować parasole, namioty i kalosze, i liczyć, że jednak z tych chmur deszczu nie będzie. Całe mnóstwo imprez w całej Polsce organizuje się niemal wyłącznie w plenerze, nigdy nie mając gwarancji na słońce i idealne 20 stopni w cieniu, i się mimo wszystko udają, więc tak naprawdę poza nieco uszczuploną frekwencją nie mieliśmy czego się bać. Zwłaszcza że dysponowaliśmy do tego potężnym zadaszonym planem awaryjnym w postaci całego budynku uniwersytetu, w którym Pilkon się odbywał.

Budynek to jedna z ważniejszych kwestii, więc chyba już czas ją poruszyć. :D (fot. Miasto Piła)
Otóż Pilkon po raz pierwszy odbył się poza pierwotną lokalizacją, czyli poza pilskim Regionalnym Centrum Kultury. Ze względu na gruntowny remont tegoż przybytku organizacja konwentu w wybranym przez nas terminie byłaby niemożliwa, dlatego musieliśmy salwować się ucieczką w miejsce z równie dobrym zapleczem technicznym, z dużą liczbą sal do dyspozycji, miejscami na komputery i konsole, przestrzenią na Games Room i najlepiej jakimiś salami widowiskowymi.

I oto swoje podwoje na nasz konwent otworzył na oścież Nadnotecki Instytut UAM w Pile, ze swym pięknym, nowoczesnym, przestronnym przybytkiem i jakimś milionem przeróżnych pomieszczeń do dyspozycji oraz świetną przestrzenią wokół, pozwalającą na zrobienie wioski - i piwnej, i gastronomicznej, i średniowiecznej, i czego tylko chcieliśmy (no, prawie). I było idealnie, przestrzeń, światło, widok na las, no i ten zupełny brak cywilizacji, bo tam, gdzie jest UAM, nie ma prawie nic więcej, a do centrum miasta jest naprawdę daleko.

Okej, nie wygląda to na zaletę, ale tak naprawdę jak już się do nas dojechało, to można było spokojnie przetrwać przez te dwa dni bez powrotu do miasta. Było jedzenie, było spanie, były łazienki, no i były te wszystkie atrakcje do wykorzystania - więc po co gdziekolwiek wracać, jak można tak fantastycznie spędzić czas, tak świetnie i zupełnie oderwać się od rzeczywistości, i znaleźć się na wygwizdowiu pod lasem, a jednak w pięknym budynku pięknego uniwersytetu na równie pięknym konwencie? 

Tak, wypowiadałabym się na ten temat z takim samym entuzjazmem, gdybym nie siedziała w organizacji. :D

Cursed image vol. 2, ale jest przy tym naprawdę epickie. :D  (fot. Justyna Smoguła)
I tak to wszystko wyglądało.

Jeśli w trakcie czytania tej relacji odnieśliście wrażenie, że nadużywam mocy słowotwórczej w tworzeniu przekombinowanych słownych pilkonstrukcji, to musicie to jakoś przeżyć, bo zupełnie mi się to nie nudzi. Podziękowania specjalne w tym względzie kieruję do naszego szanownego, słynącego z suchych żartów Barda.
- Pilkoniec - zaczął na próbę, kiedy w niedzielę wieczorem zwieźliśmy do gralni dwadzieścia kartonów pełnych gier planszowych, które właśnie uprzątnęliśmy z UAMu po pomyślnym zakończeniu imprezy.
- Kamil, nie - odrzekli zgodnie wszyscy nasi sztywniaccy Pilkompani, którzy byli już zbyt zmęczeni, by docenić nawet tak wyszukanego suchara jak ten.
Ale Kamil tak.
- Właściwie dlaczego nasz regulamin nie nazywa się Pilkonstytucja?
- Kamil, nie.
- A może w przyszłym roku zrobimy serię specjalnych gadżetów pilkonowych? Na przykład pilkonfitury...
- Kamil, nie.
- I pilkoniak dla tych dorosłych uczestników...
- Kamil, nie.
- I jest jeszcze jeden gadżet, który zagwarantuje bezpieczeństwo naszego konwentu…
- KAMIL, NIE
Ale Kamil tak, bo dopiero się rozkręcał.
- Pilkontrabanda - podjął temat, kiedy podążaliśmy na miniafterek do Piwosfery i wszyscy nasi sztywniaccy Pilkompani byli już nawet zbyt zmęczeni, by jakkolwiek oponować. Ku naszej  - znaczy mojej i jego - słowotwórczej radości.
- Pilkoniunkcja.
- Pilkoniunktura.
- Pilkontangens.
- Pilkontrasygnata.
- Pilkoncesja.
- Pilkondominium!
- Byle nie żydowsko-masońskie!
- Przestańcie tyle pić! - ofuknęła nas Stopcia.
- Przecież jeszcze nie zaczęliśmy!

I na Pilkoniec - ekipa w komplecie!  (fot. Justyna Smoguła... a nie, przecież Justyna jest na zdjęciu, to robił Piotr Czarniecki, tylko że jej aparatem. :D)
I tak dobiegł końca pewien etap naszego życia... który płynnie przerodził się w energię na organizowanie przyszłorocznego konwentu. Wszyscy są wniebowzięci, że impreza się udała i mają masę pomysłów na kolejną edycję. Już nawet szczegółowo rozplanowaliśmy żart, jaki zrobimy na naszym fanpejdżu w ramach Prima Aprilis! A ja już bardzo poważnie rozmyślam nad rozpoczęciem projektowania serii pilkonowych gadżetów do przyszłorocznego pilkonowego sklepiku - przede wszystkim koszulek, żeby każdy mógł sobie kupić własną, a nie o nią walczyć pod sceną jak jakieś zwierzę, przecież to konwent, a nie Igrzyska Śmierci.

Podsumowując - tak, było fantastycznie! I będzie jeszcze fantastyczniej, bo już wyznaczyliśmy termin Pilkonu 2018 - 8-9 września na UAMie, a więc w tym samym miejscu i o tej samej porze. 

I tak, będę tubą propagandową tego eventu, przyzwyczajajcie się. :D

Podobne posty

3 komentarze

  1. Tu Atencyjny Melkor z grupy Sauron mnie zabije. Przeżyłem. Reszta drużyny też. Chyba. Dwóch tu nie ma... Z drugiej strony Sauron też tu jest to może jeszcze żyją. Albo zginiemy my, co tu jesteśmy. Bo jeszcze Varda tu jest. Jeszcze.


    ~~
    Tutaj Sauron. Jeszcze nie wysłałem na nich Nazguli, ale z drugiej... kto będzie mi przynosił śniadania do łóżka ;'<, ciężki dylemat mam, że nie wygrali, a odnośnie strzelania z łuku. masz kilka elfów na stanie?
    A odnośnie konwentu. Żałuje, że mnie nie było, bo chętnie bym wpadła. Za rok postaram się być! :"D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To Wy wszyscy macie jeden komputer z jednym bloggerowym kontem na spółkę? Straszna bieda w tym Śródziemiu, dobrze że przynajmniej internet doprowadzili. :D

      No jeśli sam Sauron nas zaszczyci w przyszłym roku swoją obecnością, to osobiście rozwinę na powitanie czerwony dywan, pod kolor Oka!

      Usuń
  2. Jak można być kołkiem larpowym? Można, więc jestem. W połowie larpa zorientowałam się, że nie jestem NPCem, tylko DO i jak drużyna mi uciekła z lokacji to dopiero wtedy ich zatrzymałam i rozliczyłam ze statystyk - bo przecież zginęli na miejcu, a jednak uciekli xD

    OdpowiedzUsuń

Fajnie, że jesteś! Możesz napisać mi komcia, korzystając z tego oto miniporadnika formatowania:

[b]tekst[/b] - pogrubienie
[i]tekst[/i] - kursywa
[a href="www.jakaśstrona.pl"]tekst[/a] - link ukryty

Zamiast nawiasów kwadratowych [] wstawiamy nawiasy ostre <>

Polecany post

Sims 4 - Legacy Challenge - prolog

Dziś będę odtwórcza  mam dla Was coś niesamowitego - Legacy Challenge dla Sims 4! Zainspirowana Projektem "Prokrastynacja" mego ...

Facebook

Blogger

Subscribe