Zwierzę się #9 - Figowce-pechowce

15:20


Jeśli podczas lektury tego wpisu będziecie mieć skojarzenia z malarstwem barokowym, to wiedzcie, że coś się dzieje.

Chyba już czas najwyższy na sprawozdanie, jak miewają się kociątka po ośmiu tygodniach intensywnego rośnięcia i rozrabiania. Zaczniemy, rzecz jasna, od kolejnego przypadku krytycznego, który wymagał kolejnej wycieczki do znajomej przychodni weterynaryjnej. Wszechświat bowiem najwyraźniej uważa, że mam za mało stresu w życiu. Wielkie dzięki, Wszechświecie.

Było to jakiś dzień czy dwa po naszej wielkiej wyprawie do weterynarza z powodu zapalenia kociego pępka. Wróciłam sobie z pracy do domu i poszłam do kartonu przywitać się z figowymi pomiotami; był to jeszcze etap, kiedy pomioty siedziały sobie grzecznie w rzeczonym kartonie i wychodziły tylko po to, żeby sprawdzić, jak wygląda ten wielki straszny świat, i nie biegały jak porąbane po pokoju, wskakując na wszystkie regały i komody, zrzucając z półek cenne przedmioty, żrąc kwiatki i dokumenty oraz rozszarpując dowolne dostępne tkaniny, zwłaszcza te obiciowe, bo czemu nie.

W każdym razie przyszłam do kartonu, a kociątka jak zawsze wybiegły spod łóżka na sam dźwięk moich kroków - jedno rude, drugie trochę rude, trzecie kolorowe, i czwarte... pijane.

Paczę i nie wierzę własnym oczom, a to czwarte kocię, moje ukochane lamparciątko, idzie przed siebie jakby było na srogim haju - z kategorii hajów, które sprawiają, że przestajesz ogarniać te cztery kończyny, którymi zazwyczaj dysponujesz przy wykonywaniu zadań natury motorycznej. Wbija się głową w regał, przewraca na pysk, ewentualnie na boczek, ma problem z powstaniem na nogi, próbuje łapać nieistniejące obiekty i generalnie zachowuje się jak kot z potężnym problemem psychicznym.

Ilustracja poglądowa chorej na głowę kociczki, tu w klasycznej pozycji "Umieram, posadźcie fiołki na mym grobie".

- CO JEST NIE TAK Z TYM MIOTEM?! - zadałam pytanie Wszechświatowi, wyjeżdżając do weterynarza z pijanym delikwentem w kartonie. Szybki gugiel przed tą wyprawą oczywiście nie dostarczył mi diagnozy ani korzystnej, ani jednoznacznej, więc nie pozostało mi nic innego, jak skonsultować sprawę z ekspertem.

Wszechświat oczywiście nie odpowiedział na moje pytanie, ale za to uznał za stosowne podstawić w tej samej lecznicy, co ostatnio, innego weterynarza, niż ostatnio. Tenże inny weterynarz niestety nie był obecny przy naszej poprzedniej wizycie, więc szansa, że odgadnie, co jest nie tak z tym miotem, na podstawie oględzin jedynie jednego przypadku, była równa zeru - no ale przynajmniej powinien odgadnąć, co jest nie tak z tym kotem, który ciągle wyglądał na pijanego.

Niezrażona innością weterynarza wyłuszczyłam problem nagłej kocięcej niedyspozycji psychoruchowej. Weterynarz zaś niezwłocznie postawił profesjonalną diagnozę:

- Ooo, to pewnie coś z mózgiem, trzeba będzie uśpić.

Zwalczyłam przemożną chęć rzucenia stołem ze względu na stojący na nim karton z kotem.

- Ale jak to uśpić, może to wcale nie jest problem neurologiczny!

- Tak? - zapytał zaciekawiony weterynarz. - To jaki może być problem?

- NIE WIEM, BO TO NIE JA JESTEM WETERYNARZEM! - krzyknęłam, ale tylko w środeczku, bo na zewnątrz jestem osobą miłą i dzielną, i nie krzyczę na lekarzy, nawet jeśli są półgłówkami, a tak naprawdę powiedziałam, sięgając do przepastnej wiedzy ze straszliwych głębi internetów:

- Noo, może to problem neurologiczny, ale mogła też się uderzyć w łepek, mogła nabawić się pasożyta, mogła się czymś zatruć...

- A czym mogła się zatruć? - zapytał coraz bardziej zaciekawiony weterynarz, który najwyraźniej trafił do tej lecznicy przez jakiś wyjątkowo tragiczny zbieg okoliczności.

- Właściwie nie ma w pokoju nic toksycznego, ale może jednak coś połknęła, może najadła się żwirku, może karma jej zaszkodziła, może w wodzie namnożyły się bakterie...

- Nieee, chyba nie - zaopiniował fachowo weterynarz.

- Albo mogła też dostać udaru słonecznego? - zaproponowałam, czując się coraz bardziej jak na planie zdjęciowym do nowego crossovera doktora House'a z doktorem Dolittle (to w sumie niezła myśl, jeśli Netflix mnie słyszy, to chętnie sprzedam prawa autorskie do tego pomysłu).

- No jasne, że od udaru słonecznego! - rozpromienił się weterynarz, jakby moja diagnoza zdjęła z niego ciężar wielkości posągu z Wyspy Wielkanocnej. - Schłodzi się i wszystko będzie okej.

- Tylko że - odważyłam się zakłócić tę chwilę radości, - ona mieszka pod łóżkiem. A tam, tak jakby, nie ma słońca.

- No ale pewnie jest tam gorąco - zasugerował chytrze weterynarz.

- Nie wydaje mi się, karton stoi na podłodze, a na podłodze jest chłodno; poza tym reszta kotów zachowuje się normalnie, czy nie powinny także dostać udaru?

- Myślę, że to udar słoneczny - orzekł weterynarz tonem ostatecznym, po czym nareszcie zdecydował się przystąpić do oględzin pacjentki; to znaczy polecił, w dalszym ciągu stojąc cztery metry od stołu, na którym stał karton z kotem: - Proszę ją położyć na ziemi i wołać, zobaczymy jak chodzi.

Wiedziałam, że nic z tego nie będzie, kiedy tylko wzięłam kocię na ręce i zobaczyłam, jak na mnie paczy. Wiedziałam, że gdy położę ją na ziemi, to ona będzie leżała w miejscu, w którym ją położyłam, i będzie darła mordę, ale nie zrobi ani jednego kroku, bo ma tylko kilka tygodni i się boi. No ale to nie ja jestem dyplomowanym weterynarzem.

Zatem położyłam kota na ziemi, a kot został w miejscu, w którym go położyłam, i darł mordę, ale nie zrobił ani jednego kroku, bo się bał. 

I wtedy dopiero weterynarz podszedł, wziął kocię na ręce i rzucił.

No rzucił kotem w powietrze.

Dobrze, że przynajmniej złapał.

- Ojej - powiedziałam elokwentnie.

- Sprawdzam, czy się przekręca - uznał za stosowne poinformować mnie weterynarz, rzucając kotem drugi raz. - Jak umie w locie się obrócić z pleców na brzuch, to znaczy, że wszystko jest dobrze. - następnie powtórzył eksperyment na podłodze, przewracając kotkę na plecy i obserwując, czy wstaje. Wstawała. I wyglądała na mocno nieszczęśliwą.

- Wszystko w porządku - powiedział w końcu. - Musiała się przegrzać. To minie.

- To super - odpowiedziałam, no bo co innego mogłam odpowiedzieć, przecież dokładnie po to przyjechałam do weterynarza, żeby się dowiedzieć, że kotu stało się coś, co mu samo przejdzie, i na pewno nie można mu w żaden sposób pomóc ani nic, tylko wystarczy poczekać, aż przestanie mieć udar słoneczny, ewentualnie podrzucić parę razy pod sufit i wytrzeć nim podłogę, no przecież to jest doskonale logiczne.

Przynajmniej pieniędzy za to nie chciał.

Wróciłyśmy zatem do domu, wytuliłam moje biedne udarowe kociątko, położyłam na podłodze... a ono całkiem prosto i bez najmniejszych problemów z koordynacją podążyło do kartonu pod łóżkiem.

Najwyraźniej weterynarz wytrząsnął z niej ten udar czy coś. A tak mu nie wierzyłam.

Śpiące kotełki są takie kochane i zupełnie nieniszczycielskie, że aż chciałoby się je zatrzymać na zawsze. A potem się budzą i zaciągają ci tę jedyną i niepowtarzalną parę cygaretek, w których twój tyłek wyglądał dobrze.
Ju tokin tu mi?
Świat zdecydowanie potrzebuje większej liczby zdjęć śpiących kotełów.
No dobra, może już wystarczy.
No dobra, jeszcze to jedno. W ogóle śpiące koty na ciemnych panelach fotografowane z lotu ptaka to zarąbisty temat do zdjęć.
To jest chyba najlepsza kompozycja, jaką udało mi się uwiecznić, bez kitu, czy tylko ja mam w tym momencie malarskie skojarzenia? :D
No, coś w tym stylu. Btw, ten obraz nosi tytuł "Midas i Bachus" i jest dziełem Nicolasa Poussina. Szczęśliwi ci, którym nazwisko "Poussin" kojarzy się jedynie z malarstwem, a nie z kiepskim yaojcem.

Poza wspomnianymi incydentami z kategorii pępkowej i udarowej miot chowa się bez żadnych problemów natury zdrowotnej, za to z mnóstwem problemów natury niszczycielskiej, bowiem wszystkie cztery skubańce szaleją po całym pokoju jak jakiś huragan Kotrina. Żrą słuchawki, żrą kartony, żrą kable, drą pościel, niszczą ciuchy, skaczą po książkach i łażą po nieopatrznie otwartych kosmetykach, pozostawiając takie ładne, opalizujące odciski łapek na ciemnych panelach.

Ale za to bardzo grzecznie załatwiają się do kuwety i nigdzie poza tym, co jest sukcesem na miarę podboju kosmosu, serio, bo jakbym miała latać codziennie z mopem i pieprzem tak jak ostatnio, to bym się chyba rzuciła z klifu, a musiałabym w tym celu specjalnie jechać do Norwegii, bo tu nie ma dobrego klifu nawet, więc sami widzicie, jaka to skala desperacji.

W każdym razie poza aspektami niszczycielskimi kociaki są na tyle bezproblemowe, że nawet nie ma o czym opowiadać, ale za to mogę przybliżyć ich charaktery, bo oczywiście każdy jest zupełnie inny, i oczywiście nadałam im robocze imiona dla narracyjnego rozróżnienia, tym razem trochę bardziej ludzkie, bo zabrakło mi fantazji.

Felicjan - przystojniak z twoich snów. Bystry i rezolutny, choć przy tym trochę nieśmiały. Zazwyczaj zbiera bęcki od reszty rodzeństwa, ponieważ tak naprawdę jest miękkim flaczkiem; za to wychodzi zwycięsko z większości wyścigów odbywających się na trasie łóżko-drzwi. Chętnie zdobywa również wszystkie dostępne w okolicy szczyty - szczyt komody, szczyt regału, czy szczyt moich pleców. Przytulanie znosi cierpliwie, ale bez entuzjazmu; woli być głaskany, stojąc na stabilnym gruncie, ewentualnie zwisając z nogawki głaskającego, na którą to nogawkę uwielbia się wspinać w sposób wybitnie złośliwy, czyli taki, żeby jak najbardziej bolało. Jednak wbrew niechęci do bycia przytulanym ostatnimi czasy przekonał się do drzemania na moich kolanach, co jest niesamowicie kochane.

Franciszek - mimo wcześniejszych prognoz okazał się rudy i wredny, choć oczywiście zdarzają mu się epizody emanowania nieopisaną słodyczą. Chętnie się łasi do głasków, przytula do ręki i kładzie się na twoich stopach, nadstawiając brzuszek do miziania... po czym wbija pazury do mięsa i odgryza ci palec, bo tak naprawdę jest Francą, a nie Franciszkiem. Bardzo ceni sobie własne towarzystwo, przez co nie prawie wcale nie ma go na zdjęciach. Jego ulubione zajęcie to gnębienie rodzeństwa tudzież ludzkich towarzyszy zabaw oraz zadawanie jak największego bólu. Jest małym, napakowanym koksem i z całą pewnością wyrośnie na dorodnego Garfielda. Mimo natury zakapiora, gdy tylko czuje się zagubiony, płacze i woła mamę.

Filomena - definitywnie skończyła z rzekomo dżęderowym imidżem. Słodka i puchata, ale tylko z wyglądu; zarówno umaszczenie, jak i charakter niemal w całości odziedziczyła po mamusi. Uparta, a przy tym złośliwa. Kiedy postanowi zeżreć stojącego na regale kwiatka, to zeżre stojącego na regale kwiatka i nie powstrzymają jej jakieś każdorazowo odciągające je od doniczki ręce, bo i tak będzie wracać w zakazane miejsce jak jakiś pluszowy bumerang, dopóki nie zamknie się jej w łazience. Na głaskanie reaguje zdziwieniem i odsuwaniem się na bezpieczną odległość, ale za to chętnie układa się do spania na Księciu. Poza tym jest urodzoną modelką i w odróżnieniu od pozostałych kociątek autentycznie pozuje do zdjęć.

Fiołka - rozkoszne i nieporadne stworzenie o wielkich oczach, którymi jest w stanie zajrzeć wgłąb twojej duszy, czego zdjęcia zupełnie nie oddają. Jest najbardziej błyskotliwa z rodzeństwa, i jednocześnie najbardziej z nich nieogarnięta - dlatego zawsze przemieszcza się w podskokach, miotana sprzecznościami. Pierwsza spiernicza przez otwarte drzwi pokoju, ale po drodze potyka się o wszystkie możliwe przeszkody. Jako jedyna od maleńkości wolała towarzystwo ludzkie niż kocie, i bez najmniejszego oporu zawsze przychodzi się pobawić czy przytulić; do tego stopnia, że gdy tylko mnie widzi, pakuje mi się na kolana nawet nie czekając, aż usiądę, i nie pytajcie, jakim cudem to robi. 

Fiołka w ogóle od początku była dosyć... specyficzna, ale wydaje mi się, że od czasu epizodu z rzekomym udarem słonecznym stała się... jeszcze bardziej specyficzna. Przy poruszaniu nie ogranicza się do jednego kierunku, ale chętnie chodzi też tyłem i bokiem. Całkiem naturalnie fika koziołki po dowolnej dostępnej powierzchni, biegając często wpada na przeszkody, nie zawsze dolatuje do miejsca, na które ma zamiar wskoczyć - ale jednocześnie zupełnie się tym nie zraża i szaleje najbardziej ze wszystkich kociaków. Łapie wszystko, co się rusza, włazi wszędzie, gdzie tylko sięga, a nawet tam, gdzie nie sięga też. Potrafi wpaść do wanny, ale potrafi też z niej wyskoczyć. A poza tym przychodzi, zagląda w oczy, po czym przytula się do ręki, i to jest najsłodsze, co mnie spotkało ze strony tych wszystkich niewdzięcznych pchlarzy.

Jej nie oddam. Resztę możecie brać, bo są już wystawione na OLXie.

- A co jeśli to wcale nie ja decyduję o swoim życiu, jeśli jest nad nami ktoś wszechmocny, kto decyduje o tym, co powinniśmy robić, co jeśli tak naprawdę nie jesteśmy zależni od siebie, tylko jesteśmy zwierzątkami domowymi istoty wyższej?

- O, jak dobrze że jesteś, woda w misce się skończyła i kuwetę trzeba sprzątnąć.
#tired of your shit
- O nie, tylko nie paparazzi! 
- Ach, trzeba było od razu mówić, że pracujecie dla Whiskasa!
Gdyby ktoś nie wierzył, że to rude jest wredne i nieustannie gnębi rodzeństwo, tu jest dowód rzeczowy.
#czosiędzieje
Fotogeniczna Filomena jest fotogeniczna.
Yyy, może nawet zbyt fotogeniczna...
Prawie jak bliźnięta.

<3
Z ogłoszeń parafialnych - wiem, że jestem monotematyczna, ale kurczę, do Pilkonu zostało już niecałe 10 tygodni, więc możecie się domyślić, jak teraz wyglądam i co robię przez większość czasu, zwłaszcza że ostro ruszamy z promocją, i pierwszymi konkursami, i zaraz trzeba będzie robić dekoracje, i ojeju, dobrze że najbliższy klif jest w Norwegii, i nawet nie ważcie się wyprowadzać mnie z błędu!

Ze względu na zintensyfikowane działania pilkonowe nawet moje Dobre Mzimu już było gotowe się nade mną litować, a ono zdecydowanie nie jest z gatunku litościwych; ale sama zdecydowałam, że nie, nie ma litości, będzie blogasek - poza tym im mniej mam czasu, tym więcej mam ochotę robić.

I przymierzam się do serialu z The Sims: Średniowiecze.

Ale ciiii, żeby nie zapeszyć! Stay tuned!

Podobne posty

25 komentarze

  1. Kotałki są niesamowicie fab. Ale czego się spodziewać jak ród ich fabjulus i to jest po prostu ich podstawowa pula genetyczna.
    A ja podejrzewam, że udar słoneczny jest wynikiem spożycia alkoholu. Czy w ich kartonie nie ma pochowanych kapsli? Ta młodzież to tylko piwo po kątach a potem problemy! I sie nie przyznajo jak dojdzie co do czego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie wiem, te trzy pierwsze owszem, są bajeczne, ale Fiołka jest tak bardzo kwintesencją nieogaru, że zaczynam się zastanawiać, czy to możliwe, że jakimś sposobem dzielimy tę samą nieogarniętą wstęgę DNA, bo to nasze podobieństwo w percepcji rzeczywistości nie może być przypadkowe.

      EJ, kapsli nie było, ale znalazłam woreczek z kocimiętką! Orientuje się ktoś, jak rozmawiać z kotami o negatywnym wpływie narkotyków na zdrowie i życie? ;_;

      Usuń
  2. Yay, kotecki! Wreszcie! Spodziewałam się posta później, a tu taka niespodzianka! Albo się pomyliłam w obliczeniach. Bo matma, panie, tego... Czekam na średniowiecze- ale btw. Skoro komputer zepsuty to jak? Myślę, że ludzkość będzie znów czekać niczym na ród Astronomonovów( mam nadzieję, że nie przekręciałam). Doceniam kotecki, ale mi nie potrzeba bo mam zapas:
    - Kicie- pełni ona wersję żeńską Vita Corleone i jest kierowniczką podwórza i wszystkiego pilnuje. I jest chyba ode mnie starsza. Jak jest się młodym, to co zrobisz.
    - Kicie zwaną Bączek- ponieważ w czasach młodości najadała się jak bąk i miała wydatny brzuch- o dziwo wyrosła na strasznie chudego kota, a je dużo. Ma charakterystyczny sposób miauczenia; krótko i urywnie. Czasem poluje
    - Żółtek, lub Żółty, Wielki Łowca- poluje na wszystko co się rusza np. Krety, jaszczurki czy dżdżownice. Serio. Dżdżownice. Lubi być głaskany.
    - Roki, jako imię oficjalne ale i tak wszyscy mówią na niego Niuniek- trochę arogancki, ale śliczny i puszysty i strasznie fotogeniczny. W dzieciństwie był hakerem- siadł na laptopie brata i coś pokręcił, do dziś niewiadomo jak to naprawić, siadł na laptopie siostry i wpisał w Google: bbbbbbbdddddtfh- mniej-więcej tak.
    Wszyscy mimo wad są słodcy i kochani.
    A twój blog rozwija się niczym młode drzewko- tak trzymać. Powodzenia z Pilkonem. Dobrze, że blog żyje. Dobrze, że są posty. Dobrze, że jesteś.
    Pozdrawiam, J.O

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Btw. Legacy Challenge jest strasznie trudne!D: Może to wina tego, że gram wampirem ale MIJA JAKIŚ SIMOWY MIESIĄC A PROSTOPLASTKA NADAL NIE MA KASY, ANI DOMU I IGNORUJE PRZYSZŁEGO MĘŻA! Ale nie poddam się, będę dążyć di celu, udowodnie swoje męstwo! ( Odwampirze ją kiedy składniki wyrosną, bo niby mogę kupic, ale strasznie to drogie D:) Pozdrawiam, J.O

      Usuń
    2. PS. Pare ciekawostek o moim kocim klanie:
      - Kicia I Bączek wychowywały razem Żółtka. Nawzajem siedziały w pudle z nim, co by wyjaśniło fakt łowności kota- po prostu spłynęła na niego genetyczność Kici.
      - Kicia dożyła takiego wieku, że nie ma już żadnych zębów.
      - Żółtek to bandyta duszący wiewiórki D:
      - Bączek miała piękną matkę, Marlenkę. A jej córa była identyczna prawie do matki. Dziwne. Pozdrawiam, J.O

      Usuń
    3. Serio, nagle wszyscy zapomnieli, kiedy mija termin następnej publikacji? Czyli nikt by nie zauważył, gdybym nawaliła? Czyli niepotrzebnie się stresowałam? Damn! :D

      Komputor stacjonarny jest wciąż tak samo zepsuty, ale z pomocą przyjdzie mi sprzęt służbowy, na którym i Wiedźmin 3 by poszedł... tylko ciiii, nie mówcie szefostwu. ;_;

      Przegląd Twoich kotełów imponujący i zbliżony do tego, co biega po moim podwórku, a czego nie jestem w stanie zinwentaryzować, bo właściwie dba o siebie samo i już się pogubiłam, które z którym i od którego. :D

      Dziękuję, dziękuję, dziękuję! <3 Analogia roślinna supertrafna, bowiem dbam o blogaska jak o własne kwiatki - podlewam tylko wtedy, kiedy ktoś mi o tym przypomni, albo kiedy zobaczę, że jakieś takie suche się zrobiły. (jedyne, co mi rośnie bez problemu, to bluszcz, co jest dziwne, bo podobno bluszcz potrzebuje jakichś specjalnych warunków rozwoju, no ale to nie pierwszy i nie ostatni raz, gdy nie ogarniam życia, nawet trawę dla kota zabiłam)

      Usuń
    4. Legacy Challenge trudne? A na Czwórce, czy na Trójce? Chociaż w sumie, czemu ja się dziwię, tak dawno nie grałam, że mogłam zapomnieć, co mi sprawiało problem w trakcie... no ale jeśli protoplastka ma Twoje wyzwanie głęboko w poważaniu - a najwyrażniej ma - to faktycznie problem. Oh well, najwyżej poprzestaniesz na jednym pokoleniu, najszybsze wyzwanie świata. :D

      (btw, masz wiewiórki w okolicy i pozwalasz, żeby kot je dusił?! jag tag moszna, ja nawet sroki przed kotełami próbuję ratować ;_;)

      Usuń
    5. Właśnie nie pozwalam!;_; On biega niewiadomogdzie i go nie upilnujesz. A wiewiórki zawsze szkoda. Jednak pare jeszcze zostało. :D

      Usuń
    6. A wyzwanie trudne chyba bardziej w Trójce, ale nie mam ( Łączmy się w bólu ) W Czwórce jest nawet spoko O ILE NIE GRASZ WAMPIREM!! Jeśli toto nie ma wyuczonego wampirzego czytelnictwa nie kupi plazmy, będzie musieć polować i zadręczać się poczuciem winy, nic nie robić ze stresu, nie dostać awansu, żyć w nędzy i w ogóle. A nie miałabyś nic przeciwko gdybym ci meldowała o moim Legacy Challenge?..

      Usuń
    7. Btw. A czy nie da się jakoś własnoręcznie spróbować ożywić komp? Ja wiem, rozumiem, że to trudne, ale może jakiś poradnik krąży w internetach? A czy odjęcie kości ramu coś da? Niewiem, nigdy nie byłam informatykiem-komputerowcem. Wybacz, jeśli w jakiś sposób cię urażę, nie to miałam na myśli! Pozdrawiam, J.O

      Usuń
    8. Damn, nie znam się na Czwórkowych wampirach, zatrzymałam się w rozwoju na dodatku "Spotkajmy się", ale jeśli faktycznie tak to wygląda, no to Sims 4 jest jeszcze gorsze, niż było za czasów, kiedy w nie grałam. Nie zachęca mnie to do powrotu. :<

      Jak będziesz mi meldować o swoim czelendżu, to wtedy ja będę się zadręczać poczuciem winy i nic nie robić ze stresu, że mój własny czelendż umar. Ale możesz założyć bloga z czelendżem, internety kochają blogi z czelendżem. Wówczas poczujesz mój ból. :D

      Co to kompa - jakby się dało go ożywić, to bym go ożywiła, serio, wcale nie jest mi na rękę, że nie działa! Dupnęło w nim coś, co stanowiło o jego komputerowatości, nie znam się i nie wiem, jak to się nazywa, no ale nie da się go naprawić w żaden inny sposób, jak tylko kupić nowy.

      Usuń
  3. Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam sprawozdanie z życia kociej jeszcze nie-młodzieży . Nasze kocięta wypijały tylko herbatę mojemu Mężowi , o co JA byłam posądzana a przecież aż takiej słodkiej i zimnej nie pijam !! . :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koty to dranie, są w stanie zrobić najprzedziwniejsze świństwo i zawsze będą poza wszelkimi podejrzeniami. "No gdzieee, ten słodki kotełek miałby przynieść upieczone skrzydełko kurczaka do mojego łóżka, przecież to niemożliwe, to na pewno młodsze rodzeństwo, tylko się przyznać nie chce!"

      Usuń
  4. jednak jest coś na rzeczy z tym podrzucaniem dziecięcia -
    choćby i kociego - jak wspomnę widok podrzucanego bobo
    to mi się słabo robi - ale wyobrażenie latającej Fiołki
    nie mieści mi się w żadnej horrorystycznej kategorii...

    no cóż, najważniejsze, że już lepiej -
    zdrówka dla ferajny,
    cierpliwości dla Opiekunów ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, bo jak dziecko podrzucasz, to może to jest trochę straszne, ale raczej nie robi się tego w taki sposób, żeby zaliczyło salto po drodze, nie? :D

      Dziękuję, cierpliwość bardzo nam się przyda...

      Usuń
  5. W sumie ten crossover ti niezły pomysł, przydałoby się coś takiego. No i mam teorie: większość blogasków, o których dowiedziałam się z twojego blogaska jest nieczynna i umarta na amen. Twój nadal dobrze się trzyma. A co jeśli klątwa simsów się rozprzestrzenia, a to są jedne z ofiar? Co jeśli to simsy są winą tego, że real life zżera? ( Muzyczka z archiwum X) Btw. Współczuję weterzynarza. A kotecki są taaaakie rozkoszne! Powodzenia z Pilkonem. Będzie z niego wpis? Pozdrawiam, J.O
    PS. ( A co z hasłem na ask( czy jak tam się mówi)?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chodzi o te pozostałe blogaski z Legacy Challenge, które dawno temu linkowałam? Tak, też to zauważyłam i też uważam, że to właśnie Simsy zabijają ludzi. No, ale na szczęście ja się nie dałam, bo przecież jestem ziemniakiem, a nie człowiekiem.

      Oczywiście, że będzie wpis z Pilkonu! Pilkon to moje pół życia!

      Hasło odzyskane, Ask.fm jest czynny, postaram się go regularnie odbierać, więc można mnie wywiadować i nie zrażać się faktem, że na ostatnie pytanie odpowiedziałam ponad rok temu.

      Usuń
  6. PSS.Kiedy Potwory Muzyczne?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie się pisze - w niedzielę mejbi?

      Usuń
  7. Dobrze, że twojemu kotełkowi nic się nie stało i weterynarz zdołał wytrząsnąć z niego ten udar ;)
    Nie przejmuj się niczym i wrzucaj zdjęć ile wlezie - wszyscy uwielbiają koto-fotki :)
    Jeśli chodzi o Kocią Totalną Destrukcję, to doskonale Cię rozumiem - sama mam dwa koty (diabły wcielone...). Ale cóż, taki już widocznie urok posiadania mruczka :)
    Co do Pilkonu, to życzę powodzenia.
    Aha, i nie śmiej się rzucać z żadnej skarpy! Kto wtedy będzie dostarczać internetowi codzienną dawkę kicio-fotek??? :)
    Pozdrawiam :)
    P.S. Dobre Mzimu? Coś mi tu zajechało "W pustynie i w puszczy" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, chętnie wrzucałabym więcej zdjęć, bo zawsze trzaskam ich miliard, ale starannie wybieram do publikacji tylko te najlepsze/najśmieszkowniejsze, żeby sprawiać jak najmniej bólu osobom, które je zobaczą, a które znają się na robieniu zdjęć bardziej niż ja i mają do tego lepszy sprzęt niż stary telefon - więc więcej zdjęć na razie raczej nie będzie. :D

      Co do rzucania się ze skarp, to już jedna życzliwa osoba podpowiedziała mi, że fajne klify są w Jarosławcu, więc jestem spakowana i gotowa do wyjazdu!

      Za życzenia nie dziękuję, żeby nie zapeszyć, ale na pewno bardzo się przydadzą. <3

      A przy Dobrym Mzimu bardziej chodzi o samą spirytualność postaci niż kontekst literacki. :D

      Usuń
  8. Jak życie? Co z Pilkonem? Jak idą przygotowania? Pozdrawiam, J.O

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1) Chujowo, ale stabilnie,
      2) Pilkon żyje, można sprawdzić na fejsie i instagramie,
      3) przygotowania zaczynają zmierzać ku coraz lepszemu!

      Usuń
  9. A pojawi się dalszy ciąg rozmowy z Eviebotem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, jak tylko znajdę chwilę, by z nią pogadać. Ostatnio, niestety, rozmawiam głównie z prawdziwymi ludźmi. :D

      Usuń

Fajnie, że jesteś! Możesz napisać mi komcia, korzystając z tego oto miniporadnika formatowania:

[b]tekst[/b] - pogrubienie
[i]tekst[/i] - kursywa
[a href="www.jakaśstrona.pl"]tekst[/a] - link ukryty

Zamiast nawiasów kwadratowych [] wstawiamy nawiasy ostre <>

Polecany post

Sims 4 - Legacy Challenge - prolog

Dziś będę odtwórcza  mam dla Was coś niesamowitego - Legacy Challenge dla Sims 4! Zainspirowana Projektem "Prokrastynacja" mego ...

Facebook

Blogger

Subscribe